Rzeź wołyńska i jej apogeum: krwawa niedziela 11 lipca ’1943

Mordy zbiorowe ludności polskiej zapoczątkowało w lutym 1943 r. nacjonalistyczne ugrupowanie Maksyma Borowcia „Tarasa Bulby”. Z czasem do akcji przystąpiły inne grupy ukraińskie, w tym przede wszystkim odłam nacjonalistów Stepana Bandery, który stał się głównym wykonawcą ludobójczych akcji.
W lipcu 1943 r. ukraińskie akcje eksterminacyjne objęły niemal cały Wołyń. Ich kulminacją był dzień 11 lipca 1943 r. (niedziela) wybrany specjalnie z uwagi na obchodzone w tym dniu popularne święto Piotra i Pawła (liczono, że większość ludności polskiej będzie można zaskoczyć w kościołach). W raporcie AK napisano: „Na cztery dni przed akcją (…) odbyły się w budynkach szkolnych specjalne wykłady, na których mówiono o konieczności wymordowania wszystkich Polaków na Wołyniu. Operowano przy tym hasłami: >Wyrżnąć Lachów aż do 7 pokoleń, nie wyłączając tych, którzy nie mówią już po polsku<”.

W ciągu dwóch dni, 11 i 12 lipca 1943 r., Ukraińcy zamordowali ok. 4330 osób. Niedobitki były wyłapywane jeszcze w ciągu następnych dni, zaś ludobójstwo nie ograniczało się do wyżej opisanej zorganizowanej akcji. Ginęli także Polacy żyjący w ukraińskich wsiach, przemieszczający się z różnych powodów na inne tereny – w trakcie przechodzenia z jednej miejscowości do drugiej, ucieczek do bezpieczniejszych miejsc.
Działania te skierowano przeciwko wszystkim Polakom, niezależnie od wieku i płci charakterystycznie połączono z niebywałym okrucieństwem. Prowadzone były pod hasłami rozpowszechnianymi w różnych wersjach i formach zarówno przed podjęciem akcji ludobójczych jak i w czasie ich trwania, które wyrażały jedną myśl: śmierć każdemu Polakowi
Źródło : zbrodniawolynska.pl , eastbook

„Sarmacki Katyń”. Klęska pod Batohem w 1652 roku

Sowiecka zbrodnia z 1940 roku nie była pierwsza. W XVII wieku do podobnej masakry doszło pod Batohem

Bitwa pod Batohem toczyła się od 1 czerwca do 2 czerwca 1652 roku. Miała ona miejsce w uroczysku Batoh nad rzeką Boh (Ukraina). Dowódcą ze strony I Rzeczpospolitej był hetman polny Marcin Kalinowski. Wojskami kozackimi oraz tatarskimi dowodził hetman zaporoski Bohdan Chmielnicki. Bitwa zakończyła się klęską wojsk polskich, które stanowiły liczebnie 1/3 wojsk kozacko-tatarskich. Wymordowano około 8,5 tys. Polaków, w tym 3,5 tys. bogatych szlachciców. Dlatego też Batoh nazywany jest sarmackim Katyniem

Fatalne dowodzenie i bierność wojsk koronnych w obozie, doprowadziły do tego, że nieprzyjaciel bez trudu przekroczył brodami Boh. Obóz został w ten sposób otoczony. 1 czerwca 1652 roku doszło do pierwszych walk Polaków z Tatarami. Ten dzień nie zapowiadał jeszcze dramatu. Jazda polska skutecznie odparła Tatarów, ale trzy chorągwie zapędziły się za daleko i najprawdopodobniej wpadły w zasadzkę. Tatarzy pojmali jeńców.

Już wówczas doszło do buntu części oddziałów polskiej jazdy w obozie. Powodów było kilka, m.in. niewypłacany od miesięcy żołd, brak zaufania do hetmana Kalinowskiego. Po pierwszym dniu walk Kalinowski zebrał naradę nocną ze starszyzną wojskową. Podczas narady Zygmunt Przyjemski proponował, aby hetman z jazdą wyrwał się z obozu i udał się do Kamieńca. Tam po przegrupowaniu miała być przygotowana odsiecz.

Przyjemski, doświadczony oficer, radził zmniejszyć obóz i okopać się w nim z samą tylko piechotą i artylerią. Górę wzięła ambicja hetmana, który zdecydował się pozostać w obozie i walczyć, jednocześnie nie zmniejszając jego rozmiaru. Wywołało to dodatkowe niezadowolenie wśród wojska, widzącego nieudolność dowódcy. Nie wiadomo dokładnie, czy Polacy już się orientowali jakimi siłami dysponuje Chmielnicki i gdzie się znajduje. Najprawdopodobniej nie, bo hetman Kalinowski wcześniej popełnił kolejny błąd – nie zrobił rozpoznania.

W dodatku artyleria polska nie mogła prowadzić ognia, gdyż raziłaby własne oddziały jazdy. Prawdopodobnie wtedy hetman Kalinowski wydał tragiczną decyzję: nakazał piechocie cudzoziemskiej otwarcie ognia do zbuntowanych jednostek celem przywrócenia porządku. Istnieją przesłanki sugerujące, że buntownicy chcieli wydać Kalinowskiego Kozakom w zamian za wolność.

Po skończonej bitwie Chmielnicki wydał rozkaz o wymordowaniu polskich jeńców. Stało się to w dniach 3-4 czerwca 1652 roku. Hetman Chmielnicki chciał w ten sposób odzyskać swój nadszarpnięty wśród Kozaków prestiż oraz powstrzymać Tatarów przed wyjazdem wraz z jeńcami na Krym. Było to także formą odwetu za porażkę pod Beresteczkiem w czerwcu 1651 roku.

W trakcie rzezi pod Batohem zginęło prawdopodobnie 3500 doborowych żołnierzy. Ocalało ich jedynie około 1500-2000. Wśród ofiar można znaleźć m.in. syna hetmana – Samuela Kalinowskiego, generała artylerii koronnej oraz pisarza polnego koronnego – Zygmunta Przyjemskiego, kasztelana czernihowskiego – Jana Odrzywolskiego, Marka Sobieskiego, Niepokojczyckiego czy Górkę. Ciało hetmana Kalinowskiego odnaleziono w lesie. Jego głowę zaś umieszczono na włóczni i obnoszono po zwycięskim obozie.
Źródło : Uważamże, Sarmata, KurierGalicyjski

74 rocznica katastrofy samolotu w której zginął gen. Władysław Sikorski

74 lata temu, 4 lipca 1943 r., w katastrofie samolotu nad Gibraltarem zginął gen. Władysław Sikorski, współautor zwycięstwa nad Armią Czerwoną w 1920 r., premier II RP. W czasie II wojny światowej Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych i szef rządu RP na uchodźstwie. Okoliczności jego śmierci do dziś budzą kontrowersje.
Na początku lata 1943 roku gen. Władysław Sikorski udał się na inspekcję Armii Polskiej na Wschodzie. Samolot Liberator II AL523, którym generał wracał z inspekcji, spadł do morza 4 lipca 1943 roku o godz. 23.07, 16 sekund po starcie. W wypadku śmierć poniosła także córka generała, szef sztabu Naczelnego Wodza, Tadeusz Klimecki oraz siedem innych osób.
Przyczyn katastrofy (ocalał tylko czeski pilot) nie wyjaśniono w pełni do dziś. Według oficjalnej wersji, przedstawionej w raporcie brytyjskiej komisji badającej wypadek w 1943 r., przyczyną katastrofy było zablokowanie steru wysokości. Niektórzy uważają jednak, że był to zamach. Jako możliwych autorów wskazywano m.in. sowiecki wywiad, Anglików oraz polską opozycję wobec Sikorskiego.

W listopadzie 2008 r., w ramach śledztwa IPN ekshumowano szczątki gen. Sikorskiego z trumny w katedrze na Wawelu. Badania ustaliły, że generał zginął w wyniku obrażeń wielu narządów, typowych dla ofiar katastrof komunikacyjnych.

„Należał do ludzi cenionych poniżej swej rzeczywistej wartości (…). Jego decyzje chętnie przypisywano ambicji lub taktyce, a nie rozumnemu patriotyzmowi. Wyróżniał go i wynosił ponad innych przymiot, który zapewniał mu wysoką klasę, a który jest nieodzowny u męża stanu, poczucie rzeczywistości. Rzecz na pozór zwykła, a jakże w istocie rzadka, zwłaszcza w naszym społeczeństwie” – tak przedstawiał gen. Władysława Sikorskiego jego bliski współpracownik Edward Raczyński, ambasador RP w Londynie, kierujący w latach 1941-1943 MSZ.
Władysław Sikorski odznaczony był m.in.: orderem Virtuti Militari kl. II i V, Polonia Restituta kl. I i III, Krzyżem Niepodległości, czterokrotnie Krzyżem Walecznych oraz pośmiertnie Orderem Orła Białego.

Źródło : Gość.pl , IPN

Brawurowa ucieczka polskich oficerów z oflagu w Twierdzy Srebrna Góra 

Od 1940 roku na dwóch fortach Twierdzy Srebrna Góra znajdował się niemiecki obóz jeniecki, oflag VIII B. W nocy z 5 na 6 maja 1940 roku z jednego z nich, Hohensteina, uciekła połowa osadzonych tam polskich oficerów kampanii wrześniowejOgromna twierdza położona na wzgórzu z grubymi murami, przez które niemal niemożliwe jest przebicie się czy przekopanie. Oflag VIII B mieścił się w dwóch srebrnogórskich fortach Spitzberg (Ostróg) i Hohenstein (Wysoka Skała, Rogowy).Oprócz fortów część oflagu znajdowała się również w miasteczku, w hali fabrycznej położonej niedaleko dworca kolejowego Srebrna Góra Miasto.
Oflag miał być obozem karnym, do którego mieli trafiać jeńcy złapani podczas ucieczki lub wyjątkowo niesubordynowani. Na przykład generał Tadeusz Piskor w oflagu VII A Murnau wygłosił wyjątkowo płomienne i patriotyczne przemówienie z okazji 11 listopada i za to został przeniesiony właśnie do oflagu VIII B w Srebrnej Górze. Niepokorny, a jednocześnie patriotyczny duch tych oficerów jednak nie upadł i także z fortu Spitzberg (który był „głównym” obiektem oflagu) próbowano uciekać. Po kolejnej próbie takiej ucieczki, wiosną 1940 roku, 20 oficerów przeniesiono do położonego w pobliżu fortu Hohenstein, z którego podobno nie dało się uciec – był jeszcze bardziej niedostępny i panowały w nim gorsze warunki. Jak się okazało, Niemcy nie mogli się bardziej mylić.

W kwietniu 1940 roku na forcie Spitzberg miało przebywać 86 oficerów. Byli to przeważnie oficerowie kampanii wrześniowej, z ważniejszych postaci można wymienić kontradmirała Józefa Unruga – dowódcę obrony wybrzeża we wrześniu 1939 roku, generała Tadeusza Piskora byłego szefa Sztabu Głównego Wojska Polskiego, dowódcę Armii „Lublin”, komandora Stefana Frankowskiego, dowódcę obrony Helu, czy majora Wiktora Baranowskiego, który był „starszym obozu” w forcie Hohenstein. Osadzony był tam również na przykład Jędrzej Gietrych, przedwojenny działacz endecji, który początkowo był w obozie przejściowym. Podczas transportu do innego oflagu udało mu się zbiec do Berlina, gdzie próbował znaleźć pomoc w ambasadzie hiszpańskiej. Niestety, wpadł i został przetransportowany do Oflagu VIII B w Srebrnej Górze. Byli też młodzi porucznicy, podporucznicy, majorowie. Pierwsi więźniowie dotarli do oflagu w forcie Spitzberg w grudniu 1939 roku, wtedy obóz nie był jeszcze w pełni gotowy, pełne funkcjonowanie zaczął na początku 1940 roku.
Warto na początku zaznaczyć, że według polskich oficerów będących w niewoli, ich obowiązkiem było spróbować uciec. Traktowali ucieczkę, jako czynną walkę z Niemcami. Oficerowie dwa razy próbowali uciec z fortu Ostróg przez okno. Obie akcje zakończyły się niepowodzeniem. Po tej ostatniej, dwudziestu najbardziej krnąbrnych oficerów przeniesiono z fortu Spitzberg (Ostróg) do fortu Hohenstein. Gdy tylko się tam znaleźli zaczęli myśleć, jak się stamtąd wydostać. Głównymi inicjatorami ucieczki byli Giertych i Gerstel. Jeden z oficerów zauważył, że obok jadalni są drzwi, za którymi znajduje się pomieszczenie z oknem na tyle dużym, że można przez nie uciec. Okno przed przeniesieniem na fort oficerów zostało pospiesznie zamurowane, ale zaprawa nie zdążyła dobrze zaschnąć i łatwo było się jej pozbyć. Więźniowie zaczęli intensywnie przygotowywać się do ucieczki: obozowy ślusarz „dorobił” klucz do składziku, zaczęto usuwać cegły z zamurowanego okna, gromadzić prowiant. Ostatecznie na ucieczkę zdecydowało się 10 oficerów, ale reszta solidarnie ich wspierała i pomagała. Była to ogromna porażka Niemców. Z obozu karnego, z którego myśleli, że nie da się wydostać, jednej nocy uciekła połowa osadzonych, a druga połowa kryła uciekinierów, robiąc zamieszanie, chodząc tam i z powrotem między kantyną a kazamatami.
Uciekali z 5 na 6 maja, z niedzieli na poniedziałek. Oficerowie zgromadzili się po apelu w jadalni, rzekomo by odmówić modlitwę. Dziesięciu oficerów schowało się w składziku, a pozostali wchodzili i wychodzili z jadalni, by Niemcy nie zauważyli brakujących osób. Pierwsza grupa, która uciekła byli to „marynarze” Jędrzeja Giertycha, nazwani tak, gdyż zostali wzięci do niewoli po kapitulacji Helu 2 października 1939 roku, następni więźniowie uciekali kolejno w odstępach czasowych. Oficerowie opuścili fort w trzech grupach: trzyosobowej (Michał Niczko, Jędrzej Giertych, Zdzisław Ficek) czteroosobowej (Jan Niestrzęba, Zygmunt Mikusiński, Jerzy Klukowski i Zdzisław Dębowski) i znowu trzyosobowej (Felicjan Pawlak, Jan Gerstel, Tadeusz Wesołowski). Już po wyjściu z fortu Niestrzęba i Mikusiński dołączyli do Giertycha i jego kolegów z grupy i dalej szli z nimi. Obrali kierunek na południe, szli w stronę Kłodzka, by dostać się do Czech i potem na Węgry.

6 maja, kiedy sprawdzony został stan obozu, Niemcy zorientowali się, że brakuje połowy więźniów. Natychmiast rozpoczęto poszukiwania, ściągnięto posiłki i psy tropiące. Polskim oficerom sprzyjała pogoda, w momencie ucieczki padało, co przyczyniło się do zgubienia tropów i ostatecznie nie wykorzystano psów. Pierwszych uciekinierów złapano po pięciu dniach w okolicach Bystrzycy Kłodzkiej. Grupa marynarzy wpadła po kilkunastu dniach koło Ołomuńca, po tym jak zasnęli przy budce granicznej. W konsekwencji ucieczki major von Zerboni, komendant obozu, został zwolniony i postawiony przed sąd wojenny, który ostatecznie go uniewinnił. Schwytanych uciekinierów ukarano kilkudniowym aresztem. W samym obozie były częstsze rewizje, zwiększona ilość apeli i ściślejszy dozór. Polskich oficerów chroniła tu konwencja genewska, która określała, że za ucieczkę żołnierzy z niewoli groziło maksymalnie 30 dni aresztu.
Ucieczka powiodła się Felicjanowi Pawlakowi, Janowi Gerstelowi i Tadeuszowi Wesołowskiemu. Pierwszy dzień po ucieczce przesiedzieli w lesie pod fortem. Gdy w końcu ruszyli w drogę po kilkunastu godzinach wędrówki wrócili w to samo miejsce. Byli zaopatrzeni w cukier, kawę, suchary, mieli nawet mydło. Ta trójka, podobnie jak reszta uciekinierów najpierw kierowała się na Kłodzko. Mimo kłopotów udało im się dotrzeć do Protektoratu Czech i Moraw, a potem do Słowacji i na Węgry. Gerstel wspomina, że w Budapeszcie spędzili cudowny czas i dopiero tam poczuli się naprawdę wolni. Następnie udali się do Jugosławii i przez Grecję, Turcję na Bliski Wschód, by dołączyć do Brygady Karpackiej. Po drodze, według niektórych źródeł już w Jugosławii, a według innych w Turcji, ich drogi się rozeszły. Gerstel dołączył do RAF-u i znowu trafił do niewoli w lutym 1942, kiedy jego bombowiec zestrzelono nad Holandią, ale przeżył wojnę. Pawlak walczył pod Mont Casino i po wojnie zamieszkał w Anglii. Wesołowski był saperem i zginął pod Tobrukiem.
Po ucieczce z fortu Hohenstein pozostałych oficerów przeniesiono znowu na fort Ostróg. 21 czerwca 1941 roku oflag VIII B został zamknięty, a więźniowie przeniesieni do innych obozów na ternie Rzeszy. W latach 70. ząbkowicki oddział PTTK organizował cykliczny rajd „Trasami ucieczki jeńców z oflagu VIII B”, do Srebrnej Góry przyjeżdżali żyjący jeszcze byli więźniowie. W forcie Ostróg powstała izba pamięci poświęcona oflagowi. Od lat 90. historia polskich oficerów przetrzymywanych w Twierdzy powoli popada w zapomnienie.

Źródło : Doba.pl

Zapomniana wojna Mieszka I z Ottonem II

Było wiele wojen prowadzonych przez pierwszego historycznego Piasta, wiemy o jego zwycięstwie nad margrabią Hodonem, o walkach ze słowiańskimi Wolinianami i Wieletami, o odebraniu Czechom Małopolski i Śląska, o wyprawach na Połabie, o zaangażowaniu w konflikty domowe cesarstwa, o podbiciu Mazowsza i Pomorza Wschodniego. Problemem jest jednak to, że w większości przypadków nie mamy pojęcia, gdzie i jak przebiegały te walki, nie znamy miejsc bitew, nie wiemy, jakie siły angażował Mieszko w każde z tych działań, zwykle też niejasne są dla nas przyczyny i skutki owych starć. Dlatego naukowcy są w stanie rekonstruować ówczesne wydarzenia tylko w jeden sposób: tworząc hipotezy.Najwspanialszym triumfem militarnym Mieszka. Triumfem, który zdecydował o niezwykłym umocnieniu pozycji państwa polańskiego w stosunkach z Niemcami oraz sprawił, że gnieźnieński władca wszedł do grona najwyższych dostojników ówczesnej Europy kręgu zachodniego, ponad którymi – pod względem powagi stanu i urodzenia – stał tylko cesarz niemiecko-rzymski , jest wygrana wojna z wczesnym władcą cesarstwa Ottonem II.

Zacznijmy jednak od sprawy pozornie niezwiązanej z wojną: małżeństwa.

Jak twierdził Gall Anonim, Mieszko za czasów pogańskich miał siedem połowic, które musiał odprawić, kiedy w dobie sojuszu z Czechami przyjął chrzest i pojął za żonę Dobrawę, córkę praskiego księcia Bolesława Srogiego. W 977 roku Dobrawa umarła, a w ciągu ósmej dekady X wieku przymierze z Czechami najpierw się rozluźniło, a potem zostało zerwane. Jak się zdaje, stało się tak głównie za sprawą polańskiego władcy, który szukał nowych sprzymierzeńców – i to właśnie przeciw Czechom, których zamierzał pozbawić pozycji hegemona ludów zachodniosłowiańskich.
Około roku 980 doszło do zawarcia przez Mieszka kolejnego – i zaskakującego – małżeństwa. On, człowiek, który połowę życia spędził w pogaństwie, a do tego był barbarzyńskim (w oczach Zachodu) władcą jednego z wielu słowiańskich państw, ożenił się z Odą, pierworodną córką dostojnika cesarstwa! Jej ojcem był margrabia Marchii Północnej Dytryk z Haldensleben, głowa rodu należącego do arystokracji niemieckiej. Poprzez sam fakt małżeństwa z kobietą o takim pochodzeniu Mieszko stał się członkiem bardzo wąskiej i bardzo ustosunkowanej warstwy społecznej. Co więcej, Oda została przez możnych saskich wyciągnięta z klasztoru specjalnie po to, aby móc poślubić władcę Słowian. Nakłoniono ją do złamania przysięgi złożonej Bogu, co w owych czasach było postępowaniem niezwykle rzadkim i stosowanym tylko w potrzebach najwyższej wagi. Krok ten spotkał się z silnym sprzeciwem biskupów, lecz ich opór został przełamany nie tylko przez arystokrację saską, ale też przez cesarza Ottona II. Stronie niemieckiej musiało zatem niezwykle zależeć na obłaskawieniu Mieszka. Wraz z ręką żony ofiarowano mu status równorzędny z władcami księstw i marchii Rzeszy.

Począwszy od 972 roku, czyli od bitwy pod Cidiną, która wynikła zapewne z saskiej próby powstrzymania rozrostu polańskich wpływów wśród Słowian połabskich, przez następne dwadzieścia lat Mieszko nie przepuszczał żadnej okazji, aby zaznaczyć swoją obecność na froncie zachodnim.

Dwukrotnie popierał koalicje niektórych książąt Rzeszy i Czechów przeciw władcom Niemiec z dynastii ottońskiej (saskiej): w latach 974-977 przeciw młodemu Ottonowi II, a w latach 984-985 przeciw będącemu jeszcze dzieckiem Ottonowi III.
Poza tym kilkakrotnie w ósmej i dziewiątej dekadzie X wieku wyprawiał się, oficjalnie jako sojusznik niemiecki, przeciw plemionom północnej Połabszczyzny. Rzecz jednak ciekawa, że podczas żadnej z tych wojen jego armia nie wspierała militarnie strony cesarskiej. Źródła pisane świadczą, że wojska polańskie nie tyle walczyły u boku Niemców, co operowały samodzielnie gdzieś na Połabiu.
Z tego skróconego przeglądu widać, że od początku lat 70. do końca swego panowania w roku 992 Mieszko prowadził szalenie aktywną politykę zachodnią. Jak wynika ze źródeł oraz z rekonstrukcji naukowych historyków i archeologów, polityka ta wiodła do coraz silniejszego zaznaczenia polańskich wpływów nie tylko na Połabiu, ale nawet w Niemczech, szczególnie w kraju Sasów.

Spisana po łacinie kronika „Gesta pontificum Cameracensium” („Dzieje biskupów [miasta] Cambresis”) podaje, że w roku 979 roku cesarz Otton II zebrał wojska i osobiście poprowadził je na wojnę przeciw Słowianom. Wrócił w grudniu – pokonany i nieskory do szykowania wyprawy odwetowej. Nastawienie to świadczy, że musiał doznać prawdziwej klęski, która tak mocno nadszarpnęła siłami militarnymi i skarbcem cesarstwa, że nie istniała możliwość zorganizowania odwetu. Wojowniczemu Ottonowi II już wcześniej zdarzały się przegrane, ale nigdy żadnej nie puścił płazem. Na przykład gdy nie udało mu się w toku dwóch wypraw (lata 975 i 976) pokonać zbuntowanych przeciw jego władzy Czechów, uderzył na nich jeszcze raz (977 rok) z tak dużymi siłami, że wreszcie zwyciężył. Tymczasem po porażce roku 979 nawet nie myślał o zbrojnym odwecie.

Kronika z Cambrai czerpała wiadomości niemalże z pierwszej ręki, bo od posłów obecnych na dworze Ottona II. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, historycy od dawna uznawali przekaz „Dziejów” za wiarygodny. Mówiła ona, że celem ataku było państwo polańskie.

Zgodnie z tą koncepcją wyprawa 979 roku miała być ostatnim akordem walki o tron niemiecki pomiędzy Ottonem II a jego krewniakiem Henrykiem Kłótnikiem. Za Henrykiem opowiedziały się między innymi Bawaria, Czechy i kraj Polan. Bawarię i Czechy cesarz poskromił do roku 977, pokonał też samego Kłótnika. Pozostało tylko państwo gnieźnieńskie, które wciąż nie chciało się podporządkować woli Ottona, mimo że przecież sam Henryk Kłótnik nie liczył się już w walce o koronę – prawdopodobnie więc wchodziły w grę jeszcze inne kwestie różniące władców polańskiego i niemieckiego. W tej sytuacji Otton zebrał armię i ruszył na wschód. Jak przypuszcza wielu polskich badaczy, główna siła uderzenia wojsk cesarskich poszła najpierw na ziemie sprzymierzonych z Piastem Stodoran, a potem na obszary polańskie. Jak daleko dotarł najeźdźca, nie wiadomo, ale niektórzy naukowcy przypuszczają, że podszedł pod główne grody Mieszka, czyli Poznań i Gniezno. Nie ma na to dowodów bezpośrednich (przytaczane niegdyś argumenty archeologiczne,

dotyczące „wojennej” rozbudowy umocnień Poznania, okazały się naciągane), nie można jednak zbić hipotezy, że Niemcy wtargnęli aż do centrum Wielkopolski. Pewne jest tylko jedno – armia cesarska została rozbita i wycofała się, a sam Otton musiał uznać przegraną i zrezygnować z odwetu.
Poprzez małżeństwo polański władca wszedł do grona arystokracji cesarstwa, choć zarazem sam nie stał się poddanym Ottona, co dawało mu przewagę pozycji społecznej nawet nad najpotężniejszymi niemieckimi książętami i margrabiami. Sukces polityczny i prestiżowy był pełen, a rola Mieszka na arenie międzypaństwowej niepomiernie wzrosła. W drugiej połowie lat 80., za czasów regencji Teofano, wdowy po Ottonie II (który umarł w roku 983), piastowski książę stał się personą mile widzianą na dworze niemieckim. Później, za rządów Ottona III (panował samodzielnie 994-1002), z taką samą atencją traktowano tam Bolesława Chrobrego. W tym kilkunastoletnim okresie dwór niemiecki wręcz szukał u pierwszych dwóch historycznych Piastów pomocy politycznej oraz wsparcia militarnego w niektórych swoich działaniach. Mieszko stał się tak potężny, że w drugiej połowie lat 80. odebrał Czechom ziemie dzisiejszej południowej Polski, a zarazem pozbawił ich przodującej pozycji pośród państw zachodniosłowiańskich.
Źródło WP

Potyczka o której prawie nikt nie pamięta

27 maja 1947 roku w pociągu z Poznania do Leszna krawiec Feliks Lis zobaczył kobietę w towarzystwie pijanych żołnierzy radzieckich, była to Zofia Rojuk. Po cichu błagała go o pomoc. Powiedziała, że jest Polką, że mąż sprzedał ją Rosjanom za butelkę wódki. Mówiła, że odebrano jej dziecko, a żołnierze wiozą ją do swojej jednostki. Starania o uwolnienie kobiety podjęli najpierw kolejarze, potem milicjant, a w końcu żołnierze. Skończyło się potyczką na dworcu w Lesznie, w której zginęli trzej czerwonoarmiści. W odwecie trzech polskich żołnierzy skazano na śmierć, zapadło też kilka wysokich wyroków więzienia.
W garnizonie dyżur pełnił wówczas 22-letni podporucznik Jerzy Przerwa. Mimo młodego wieku, aż sześciokrotnie był odznaczany, z tego raz za udział w zdobyciu Berlina. Podporucznik Przerwa zdecydował o wyjściu z garnizonu szesnastoosobowego oddziału. Po drodze na dworzec rozkazał żołnierzom załadowanie broni. Nakazał także, by jego podwładni obstawili halę dworca. Jerzy Przerwa rozpoczął rozmowy z dowódcą oddziału rosyjskiego, kapitanem Sokołowem. We dwójkę udali się do wartowni SOK, gdzie kontynuowali negocjacje. Podporucznik rozkazał jednak, by polscy żołnierze nikogo nie wypuszczali z budynku. Niestety doszło do przepychanek gdy pijani czerwonoarmiści chcieli wyjść na świeże powietrze. Wówczas użyta została broń palna. Według relacji świadków i polskich żołnierzy, jako pierwsi broni użyli Rosjanie. Byli jednak tak pijani, że nie potrafili trafić Polaków. Żołnierze garnizonu leszczyńskiego odpowiedzieli ogniem. Śmierć poniosło dwóch oficerów, jeden szeregowiec, rannych zostało pięciu żołnierzy Armii Czerwonej. Wkrótce doszło do aresztowań – uwięziono pułkownika Przerwę, 16 żołnierzy garnizonu leszczyńskiego, kolejarzy pociągu nr 728, a także milicjanta Zygmunta Handke i Feliksa Lisa.

Początkowo śledztwo prowadzone było przez leszczyński Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Dochodzenie wykazało, że doszło do wymiany ognia pomiędzy Rosjanami, a Polakami. Wkrótce śledztwo przejęła poznańska prokuratura, której przewodził Rosjanin, Wilhelm Świątkowski. Rozprawa odbyła się 7 czerwca 1947 roku w koszarach 86 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej w Lesznie. Przewodniczył jej podpułkownik Franciszek Szeliński, sędzia Wojskowego Sądu Okręgowego w Poznaniu, oskarżycielem zaś był major Maksymilian Lityński. Proces zakończył się tego samego dnia – było to jedynie pokazowe widowisko, nie zeznawali m.in. świadkowie, a także Zofia Rojuk. Sąd uznał, że to polscy żołnierze jako pierwsi otworzyli ogień, a ich celem byli sojusznicy z Armii Czerwonej. Wydano cztery wyroki śmierci – skazani na śmierć przez rozstrzelanie zostali podporucznik Jerzy Przerwa, a także trzech żołnierzy z jego oddziału: kanonier Władysław Łabuza, kapral Wiesław Warwasiński i kanonier Stanisław Stachura.
Ciekawostką jest to, że ekspertyza broni żołnierzy wykazała, że z broni Warwasińskiego i Stachury w ogóle nie zostały oddane żadne strzały. Oprócz żołnierzy skazano także innych uczestników wydarzeń z maja 1947: kanoniera Tadeusza Nowickiego i milicjanta Zygmunta Handke skazano na 10 lat więzienia, Feliksa Lisa na 12 lat pozbawienia wolności, w odrębnym procesie na kary więzienia skazano także pracowników kolei. Próbowano zmienić wyroki śmierci żołnierzy – na akt łaski zdecydował się prezydent Bolesław Bierut, zastosował go jedynie w stosunku do Stanisława Stachury, Tadeusza Nowickiego zwolniono z odbywania kary. 11 czerwca wyroki się uprawomocniły, 15 czerwca zaś zostały one wykonane.
Dotąd nie było wiadomo kim była Zofia Rojuk. Jeden z Rosjan twierdził, że był ona jego żoną, inny, że aresztowano ją za współpracę z Niemcami, a oficjalna propaganda głosiła, że była ona obywatelką Związku Radzieckiego, która okłamała Polaków i doprowadziła do tragedii.

W czasie wojny Rojuk wywieziono na prace przymusowe do Niemiec. Tam po wyzwoleniu wyszła za mąż za Polaka. Przyjechała z nim do Polski, w 1946 roku urodziła im się córka, Władysława. Zofia mieszkała z mężem do maja 1947 roku. Miała 21 lat kiedy doszło do potyczki w Lesznie. Po latach Rojuk odnalazła córkę dzięki pomocy Czerwonego Krzyża.
– To było na początku lat 60. Miałam wtedy kilkanaście lat. Dostałam list z Ukrainy, który zmienił moje życie. Dowiedziałam się nagle, że moją prawdziwą matką jest Zofia Rojuk, o której wcześniej nic nie wiedziałam. To było nie do uwierzenia, przeżyłam wstrząs – opowiada pani Władysława.
Dlaczego matka z nią się rozstała? Dlaczego nie szukała jej wcześniej? Tego nie wyjaśniła podczas kilkuletniej korespondencji z córką, gdyż taki list zapewne zatrzymałaby cenzura. Powiedziała o tym w 1968 roku, kiedy pierwszy raz pani Władysława odwiedziła swoją matkę.
– Pojechałam do niej z moją córeczką. Podróż była męcząca, trwała aż dwa dni. Ale byłam szczęśliwa – wspomina kobieta. Była u matki dwa miesiące. Wtedy dopiero dowiedziała się, że wywieziono ją w 1947 roku z Polski, postawiono przed sądem i karnie wysłano na wiele lat na Syberię.
– Płakała, gdy opowiadała co tam przeżyła. Ciągle głodowała, ciężko chorowała. Mówiła, że zesłano ją na Sybir z powodu jakiejś strzelaniny, w której zginęli żołnierze. Powiedziała mi, że została wydana Rosjanom przez mojego ojca, i że jak po nią przyszli, to chciała mnie ze sobą zabrać, ale na to nie pozwolili. Nie podawała żadnych szczegółów. Ja też nie wypytywałam. Było dla mnie bardzo przykre, że z tym miał związek mój ojciec. Zresztą dla mnie było najważniejsze wtedy tylko to, że jestem z mamą, że ona mnie odnalazła – wyjaśnia pani Władysława. Kobieta chciała wrócić do swojej córki, dlatego błagała w pociągu o pomocPo zwolnieniu z zesłania Zofia Rojuk zamieszkała w mieście Tetijew w obwodzie kijowskim. Przed trzema wiekami nazywało się ono Tetyjów i było częścią Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W Tetijewie mieszkała matka Zofii, która była… Polką. Rojuk wyszła za mąż. Pracowała w herbaciarni, a potem (od lat 60.) była bileterką w kinie.
Odnalezienie córki były wielkim wydarzeniem w Tetijewie. Odnotowała je nawet radziecka prasa. W „Prawdzie” opublikowano zdjęcie matki i córki. Oczywiście w artykule nie podano prawdziwej historii ich rozłąki. Pani Władysława odwiedzała matkę kilkukrotnie, ale ona sama nigdy nie przyjechała do Polski. W czasach istnienia Związku Radzieckiego nie mogła otrzymać paszportu. Była traktowana przez władze komunistyczne jako wróg systemu. Później na wyjazd nie pozwolił jej stan zdrowia. Zmarła w 2000 roku. Cztery lata przed pierwszymi publikacjami przywracającymi pamięć o potyczce polskich żołnierzy w Lesznie.

Do dzisiaj żyje mąż Zofii, który ją wydał w 1947 roku. Dlaczego to zrobił? Czy faktycznie dostał za nią butelkę wódki? To pozostanie zagadką. Mężczyzna ma 90 lat, jest chory. Jego żona twierdzi, że nie można z nim rozmawiać, ponoć nie pamięta już co się wtedy wydarzyło.

Rozbicie więzienia w Wyrzysku.

Do rozbicia więzienia w Wyrzysku doszło 24 maja 1946 roku.
Powód był prozaiczny. Pomysłodawcą i współorganizatorem akcji był milicjant Stanisław Bienias szwagier uwięzionego Stanisława Musiała. Bienias współdziałał jeszcze z innym milicjantem, który zapragnął poślubić piękną Janinę córkę Pana Musiała. Przyszły teść postawił jednak warunek: odda rękę córki za obietnicę uwolnienia z więzienia swojego syna Stanisława Musiała członka grupy kpt. Leona Mellera „Jędrusia”, który został uwięziony w Wyrzysku odsiadując wyrok 6 lat pozbawienia wolności za nielegalne posiadanie broni.

Honorowy milicjant przejęty złożoną obietnicą kilkakrotnie nawiązał kontakt z więźniem, szczegółowo wprowadzając go w swoje plany. Do akcji wciągnął swojego kolegę Mariana Myszkę, dezertera z MO, aktualnie członka oddziału Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem kpt. Juliana Bauca „Huragana”. Por. M. Myszka „Łoś” razem ze swoim bratem Feliksem przystąpili do realizacji planu akcji rozbicia wyrzyskiego więzienia. Przebywało w nim wówczas ponad 40 osób, w tym dawni przedstawiciele AK i ludzie z obecnego podziemia (NSZ i „WiN”). Ten fakt z pewnością rzutował na wydanie odpowiednich rozkazów przez „Huragana” otwierających drogę do przeprowadzenia operacji. Do akcji zaangażowani zostali również Jan Krywoszej „Czarny”, Józef Ożdżyński, Józef Nowakowski, oraz według części źródeł, prawdopodobnie także Leon Meller „Jędruś”.
Nocą, 24 maja 1946 r. partyzanci podstępem doprowadzili do wyjazdu z miasta sił UB i MO. Interweniowały one w Górowatkach, gdzie sfingowano akcję podziemia. Ten manewr pozwolił na bezpieczne przeprowadzenie zaplanowanego rozbicia więzienia. Akcją dowodzili kpt. Bauc i por. Myszka. Najpierw przy bramie znalazł się „Czarny”, który pod pretekstem konwojowania w patrolu UB zatrzymanego „bandyty”, upomniał się o wejście. Nie znał jednak hasła, więc wartownik pozostał obojętny na jego żądanie. Dzwoniący bez przerwy dzwonek poirytował strażnika na tyle mocno, że wyszedł sprawdzić, co się dzieje przy furcie.
Ten moment okazał się decydujący: natychmiast go obezwładniono i ludzie „Huragana” znaleźli się na terenie więzienia. Od tej chwili akcja potoczyła się błyskawicznie: bez jednego wystrzału uwolniono ponad czterdziestu więźniów i szybko opuszczono placówkę. Większość uwolnionych skutecznie się ukryła, kilku z nich dołączyło do oddziału kpt. Bauca. Należy jednak zaznaczyć, iż duża część wróciła do aresztu już następnego dnia, obawiając się zapewne konsekwencji ponownego zatrzymania (około dwadzieścia osób).
Kpt. Bauc nie cieszył się niestety długo z brawurowo przeprowadzonej operacji rozbicia wyrzyskiego więzienia. Zginął w czasie obławy przeprowadzonej przez siły MO w dniu 2 lipca 1946 r. w miejscowości Kościerzyn Wielki. Śmierć poniósł wówczas także J. Krywoszej, którego zamordowano w akcie zemsty za wcześniejsze zlikwidowanie funkcjonariusza UB. W akcie zgonu zapisano, że „Czarny” chcąc uniknąć aresztowania „strzelił sobie trzykrotnie w serce z pistoletu”. W obławie został ujęty Józef Nowakowski. Skazany już w październiku 1946 r. przez WSR w Bydgoszczy na trzykrotną karę śmierci, został stracony w więzieniu Wałach Jagiellońskich.
Po śmierci kpt. Bauca „Huragana”, dowództwo nad kilkunastoosobowym oddziałem przejął por. M. Myszka „Łoś”. Żołnierze por. „Łosia” operowali w powiatach Wyrzysk, Złotów i Sępólno. Likwidowali znienawidzonych UB-eków, rozbrajali posterunki MO, karali fizycznie nadgorliwych komunistów z PPR, przeprowadzali akcje ekspropriacyjne. Pomimo podejmowanych przez komunistów wielu starań, sam dowódca pozostawał nieuchwytny aż do śmierci. Nadeszła ona przedwcześnie, ale tym razem jej sprawcami nie byli komunistyczny wrogowie niepodległości Polski. Marian Myszka zginął 28 czerwca 1952 r. w wypadku samochodowym. Doszło do niego w miejscowości Bogatynia (pow. zgorzelecki). Nosił wówczas inne nazwisko: Wiktor Kowalski i pracował jako komendant Straży Pożarnej. Jechał na akcję gaszenia pożaru. Miał dwoje dzieci, cieszył się społecznym szacunkiem. Został pochowany na cmentarzu w Przasnyszu niedaleko Warszawy.
Źródło IPN
Opracował Józef Żernicki