„Zagra-Lin” Oddział specjalny AK do zadań na terenie III Rzeszy

Akcje bojowe polskiego podziemia kojarzą nam się głównie z dywersją Armii Krajowej na terytorium okupowanego kraju. Tymczasem polski ruch oporu atakował wroga także na obszarze Rzeszy! Hitler nie mógł być spokojny, gdy usłyszał o zamachu bombowym na jeden z berlińskich dworców, przeprowadzonym przez Polaków 24 lutego 1943 roku.

Oddział specjalny AK nazwany „Zagra-lin”, złożony z żołnierzy biegle posługujących się językiem niemieckim, a przeznaczony do działań dywersyjnych poza Generalnym Gubernatorstwem głównie na terenach Rzeszy. W grudniu 1942 roku dowódcą „Zagra-lina” został Bernard Drzyzga, który przybrał pseudonim „Bogusław-Jarosław”. Zorganizował kilka komórek, z których najaktywniejszą była sekcja bydgoska. Największym sukcesem było zwerbowanie Józefa Lewandowskiego ps „Jur”. Był to Polak, urodzony w Berlinie, ale mieszkający w Bydgoszczy i posiadający znakomite dokumenty Reichsdeutscha. Z kolei praca w firmie budowlanej, mającej oddziały w całej okupowanej Europie powodowała, że mógł podróżować bez wzbudzania podejrzeń. To on zawsze wykonywał najtrudniejszą część zadania – przewoził bombę na miejsce zamachu. „Jur” okazał się świetnym dywersantem i szybko został zastępcą dowódcy. Od lutego 1943 r. „Zagra-lin” przeprowadził szereg akcji bojowych, operując kilkuosobowymi zespołami złożonymi z dwóch do czterech żołnierzy i jednej lub dwóch łączniczek. Grupa jechała tym samym pociągiem ale w osobnych wagonach na miejsce akcji. Następnie wszystko odbywało się według schematu zawartego w jednym z raportów dowódcy

Pierwszy zamach został dokonany na stację kolejki Friedrichstrasse w Berlinie 24 lutego 1943 roku. Dwoma następnymi porucznik Bernard Drzyzga dowodził osobiście. 10 kwietnia wybuchła bomba na Dworcu Głównym w Berlinie. 23 kwietnia kolejny ładunek eksplodował na Dworcu Głównym we Wrocławiu w momencie wjazdu na peron pociągu wojskowego. W sumie w atakach zginęło 54 Niemców a ponad 100 odniosło rany. Zamachy wywołały panikę w Berlinie i miały wielką siłę propagandową. Wyznaczono nagrodę pieniężną po 20 tys. marek za każdego schwytanego dywersanta. Pomimo zastosowania nadzwyczajnych środków i mimo postawienia na czele śledztwa szefa SS i policji Himmlera, Niemcom nie udało się schwytać żadnego ze sprawców zamachów. „Zagra-lin” dalej zadawał ciosy okupantowi – w kolejnej głośnej akcji w dniu 12 maja wysadził pociąg z amunicją pod Rygą. W tym samym miesiącu spalił transport wojskowy na linii kolejowej Bydgoszcz-Gdańsk. Planował nawet dokonać zamachu na Hitlera w czasie jego niedoszłej wizyty w Bydgoszczy pod koniec maja.
5 czerwca 1943 roku, w do dziś nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, w Warszawie w Kościele św. Aleksandra na Placu Trzech Krzyży, podczas ślubu jednego z Akowców, gestapo aresztowało większą część żołnierzy grupy„OSY-KOSY”w którą wchodził „Zagra-Lin” W tych warunkach Komenda Główna AK rozwiązała zespół, a jego żołnierzy przydzieliła do innych oddziałów.

Źródło : muzeumhw.org,

Bitwa pod Grunwaldem, czyli Polskie zwycięstwo które wstrząsnęło Europą

15 lipca 1410 roku po ponad sześciu godzinach krwawej walki wojska polskie i litewskie pod wodzą króla Władysława Jagiełły zgniotły na polach grunwaldzkich potęgę zakonu krzyżackiego. To wydarzenie sprzed wieków na zawsze wryło się w pamięć Polaków. Bardzo mocno oddziaływało na naszą tożsamość i świadomość narodową

Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmiemy jako wróżbę zwycięstwa – słowa króla Władysława Jagiełły wryły się w pamięć Polakom. Bo proroczo zwiastowały to, co stało się po ponad sześciu godzinach krwawego boju. 15 lipca 1410 połączone siły polsko-litewsko-ruskie rozbiły wojska zakonu krzyżackiego. – Wiele bywało w owych czasach na świecie bitew i spotkań, ale nikt z żywych ludzi nie pamiętał tak straszliwego pogromu – pisał Henryk Sienkiewicz.

Krzyżacy zgromadzili na polach grunwaldzkich około 27 tysięcy wojska, król Władysław Jagiełło i wielki książę litewski Witold dysponowali około 29 tysiącami rycerzy i wojowników. Przewaga była po stronie polsko-litewskiej. Bitwa zakończyła się zwycięstwem wojsk polsko-litewskich, co przyczyniło się do wzmocnienia znaczenia państwa polskiego w Europie i osłabienia pozycji politycznej Zakonu Krzyżackiego.

Krzyżacy stracili 8 tysięcy rycerzy, zginął też Wielki Mistrz Zakonu Ulrich von Jungingen, a z nim ponad 200 ważnych osób. Do niewoli pojmano 14 tysięcy jeńców. Straty po stronie polskiej wyniosły od 2 do 3 tysięcy zabitych, najwięcej ucierpiały oddziały litewskie. Przez cały następny dzień zbierano rannych i grzebano poległych. Ciało Wielkiego Mistrza odesłano do Malborka.

Bitwa ujawniła wewnętrzny konflikt tlący się w państwie krzyżackim. Zapanowała tam panika, niektóre miasta podniosły bunt. Rokosz mieszczan i rycerstwa pruskiego pokazał, że Krzyżacy nie mają dostatecznego poparcia wśród poddanych. Od tej pory te dwa stany były zarzewiem problemów i ostatecznie doprowadziły do zwycięstwa Polski w wojnie trzynastoletniej oraz odzyskania Pomorza przez nasz kraj. Bitwa potwierdziła też sens unii polsko-litewskiej. Ten polityczny związek wyrósł na regionalne mocarstwo, które było brane pod uwagę we wszystkich poważniejszych planach i grach politycznych w Europie.

Lisowczycy. Diabelska Jazda Rzeczypospolitej

Imię swe wzięli od pierwszego wodza, Aleksandra Józefa Lisowskiego, pamięć o nich przetrwała wieki chociaż istnieli niespełna lat piętnaście. Nieustraszeni, ale i bezlitośni, znakomicie wyszkoleni, chciwi i okrutni, ale mianujący się i mianowani obrońcami wiary. Można ich porównać do współczesnych sił szybkiego reagowania lub oddziałów specjalnych. W swym krótkim istnieniu okazali się tak znakomitymi wojownikami, że przerośli swoją epokę. Przewyższali swych przeciwników pod każdym względem, a w walce wręcz nie mieli sobie równych. Podziwiano ich, ale też i bano jak ognia czy zarazy.
Spojrzenie na dokonania Lisowczyków były różne, jedni spostrzegali ich jako okrutników i hultai, inni z kolei podziwiali. Faktem bezspornym jest jedno – BYLI ZNAKOMITYMI WOJOWNIKAMI. Znali sposoby walki, dzięki którym potrafili pokonywać każdego przeciwnika. Z ich „usług” korzystali możni ówczesnego świata. Ratowali kraje przed upadkiem, a bitwy przed klęską.
Prawa lisowczyków zostały ustanowione w 1622 roku i składały się z 31 artykułów omawiających przewinienia i grożące za nie kary. Lisowczycy podzieleni na 200–400 konne chorągwie podlegali rotmistrzom oraz przewodzącemu wszystkim pułkownikowi. Stanowili lekką konnicę, opartą na wzorcach tatarskich. Uzbrojeni w karabin lub rusznicę, dwa pistolety, łuk, szablę, koncerz, czasem również pikę.
Ich wygląd – „Płaszcze opięte, czapki wysokie, pludry wąskie jak rękaw, buty żółte, podkute, zbroi nie mają, krzywe rapiery, wędzidła u koni małe, siodła małe, dziw, że z nich nie spadną” – opisał kapelan Dembołecki. Niektórzy lisowczycy przypinali sobie skrzydła na wzór husarzy. Walczyli, korzystając z możliwości, jakie dawała walka bez związania się z taborami . Podejmowali się dalekich wypraw dywersyjno-terrorystycznych. Wykorzystywali taktykę ataku i odwrotu oraz improwizacji bitewnej, co zostało zaczerpnięte z orientalnej tradycji.

Aleksander Józef Lisowski jest przykładem wojownika, który nie tylko znał, ale i szkolił swoich żołnierzy w polskiej sztuce walki (szabla, rohatyna, czekan-nadziak), dzięki czemu byli oni wspaniałymi wojownikami. Rozsławili umiejętność bicia się polskich żołnierzy w całej ówczesnej Europie. Bano się ich, ale i podziwiano zarazem. Lisowski Jest dobitnym przykładem na istnienie POLSKIEJ SZTUKI WALKI, jej nauczycielem i instruktorem, a co najważniejsze – sztuki walki, która wykuwała się i sprawdzała na polach bitewnych, w nieprzeliczonych potyczkach i starciach, o czym należy dzisiaj pamiętać.

Źródło : hussar.com.pl, niezwykle.com

Rzeź wołyńska i jej apogeum: krwawa niedziela 11 lipca ’1943

Mordy zbiorowe ludności polskiej zapoczątkowało w lutym 1943 r. nacjonalistyczne ugrupowanie Maksyma Borowcia „Tarasa Bulby”. Z czasem do akcji przystąpiły inne grupy ukraińskie, w tym przede wszystkim odłam nacjonalistów Stepana Bandery, który stał się głównym wykonawcą ludobójczych akcji.
W lipcu 1943 r. ukraińskie akcje eksterminacyjne objęły niemal cały Wołyń. Ich kulminacją był dzień 11 lipca 1943 r. (niedziela) wybrany specjalnie z uwagi na obchodzone w tym dniu popularne święto Piotra i Pawła (liczono, że większość ludności polskiej będzie można zaskoczyć w kościołach). W raporcie AK napisano: „Na cztery dni przed akcją (…) odbyły się w budynkach szkolnych specjalne wykłady, na których mówiono o konieczności wymordowania wszystkich Polaków na Wołyniu. Operowano przy tym hasłami: >Wyrżnąć Lachów aż do 7 pokoleń, nie wyłączając tych, którzy nie mówią już po polsku<”.

W ciągu dwóch dni, 11 i 12 lipca 1943 r., Ukraińcy zamordowali ok. 4330 osób. Niedobitki były wyłapywane jeszcze w ciągu następnych dni, zaś ludobójstwo nie ograniczało się do wyżej opisanej zorganizowanej akcji. Ginęli także Polacy żyjący w ukraińskich wsiach, przemieszczający się z różnych powodów na inne tereny – w trakcie przechodzenia z jednej miejscowości do drugiej, ucieczek do bezpieczniejszych miejsc.
Działania te skierowano przeciwko wszystkim Polakom, niezależnie od wieku i płci charakterystycznie połączono z niebywałym okrucieństwem. Prowadzone były pod hasłami rozpowszechnianymi w różnych wersjach i formach zarówno przed podjęciem akcji ludobójczych jak i w czasie ich trwania, które wyrażały jedną myśl: śmierć każdemu Polakowi
Źródło : zbrodniawolynska.pl , eastbook

„Sarmacki Katyń”. Klęska pod Batohem w 1652 roku

Sowiecka zbrodnia z 1940 roku nie była pierwsza. W XVII wieku do podobnej masakry doszło pod Batohem

Bitwa pod Batohem toczyła się od 1 czerwca do 2 czerwca 1652 roku. Miała ona miejsce w uroczysku Batoh nad rzeką Boh (Ukraina). Dowódcą ze strony I Rzeczpospolitej był hetman polny Marcin Kalinowski. Wojskami kozackimi oraz tatarskimi dowodził hetman zaporoski Bohdan Chmielnicki. Bitwa zakończyła się klęską wojsk polskich, które stanowiły liczebnie 1/3 wojsk kozacko-tatarskich. Wymordowano około 8,5 tys. Polaków, w tym 3,5 tys. bogatych szlachciców. Dlatego też Batoh nazywany jest sarmackim Katyniem

Fatalne dowodzenie i bierność wojsk koronnych w obozie, doprowadziły do tego, że nieprzyjaciel bez trudu przekroczył brodami Boh. Obóz został w ten sposób otoczony. 1 czerwca 1652 roku doszło do pierwszych walk Polaków z Tatarami. Ten dzień nie zapowiadał jeszcze dramatu. Jazda polska skutecznie odparła Tatarów, ale trzy chorągwie zapędziły się za daleko i najprawdopodobniej wpadły w zasadzkę. Tatarzy pojmali jeńców.

Już wówczas doszło do buntu części oddziałów polskiej jazdy w obozie. Powodów było kilka, m.in. niewypłacany od miesięcy żołd, brak zaufania do hetmana Kalinowskiego. Po pierwszym dniu walk Kalinowski zebrał naradę nocną ze starszyzną wojskową. Podczas narady Zygmunt Przyjemski proponował, aby hetman z jazdą wyrwał się z obozu i udał się do Kamieńca. Tam po przegrupowaniu miała być przygotowana odsiecz.

Przyjemski, doświadczony oficer, radził zmniejszyć obóz i okopać się w nim z samą tylko piechotą i artylerią. Górę wzięła ambicja hetmana, który zdecydował się pozostać w obozie i walczyć, jednocześnie nie zmniejszając jego rozmiaru. Wywołało to dodatkowe niezadowolenie wśród wojska, widzącego nieudolność dowódcy. Nie wiadomo dokładnie, czy Polacy już się orientowali jakimi siłami dysponuje Chmielnicki i gdzie się znajduje. Najprawdopodobniej nie, bo hetman Kalinowski wcześniej popełnił kolejny błąd – nie zrobił rozpoznania.

W dodatku artyleria polska nie mogła prowadzić ognia, gdyż raziłaby własne oddziały jazdy. Prawdopodobnie wtedy hetman Kalinowski wydał tragiczną decyzję: nakazał piechocie cudzoziemskiej otwarcie ognia do zbuntowanych jednostek celem przywrócenia porządku. Istnieją przesłanki sugerujące, że buntownicy chcieli wydać Kalinowskiego Kozakom w zamian za wolność.

Po skończonej bitwie Chmielnicki wydał rozkaz o wymordowaniu polskich jeńców. Stało się to w dniach 3-4 czerwca 1652 roku. Hetman Chmielnicki chciał w ten sposób odzyskać swój nadszarpnięty wśród Kozaków prestiż oraz powstrzymać Tatarów przed wyjazdem wraz z jeńcami na Krym. Było to także formą odwetu za porażkę pod Beresteczkiem w czerwcu 1651 roku.

W trakcie rzezi pod Batohem zginęło prawdopodobnie 3500 doborowych żołnierzy. Ocalało ich jedynie około 1500-2000. Wśród ofiar można znaleźć m.in. syna hetmana – Samuela Kalinowskiego, generała artylerii koronnej oraz pisarza polnego koronnego – Zygmunta Przyjemskiego, kasztelana czernihowskiego – Jana Odrzywolskiego, Marka Sobieskiego, Niepokojczyckiego czy Górkę. Ciało hetmana Kalinowskiego odnaleziono w lesie. Jego głowę zaś umieszczono na włóczni i obnoszono po zwycięskim obozie.
Źródło : Uważamże, Sarmata, KurierGalicyjski

74 rocznica katastrofy samolotu w której zginął gen. Władysław Sikorski

74 lata temu, 4 lipca 1943 r., w katastrofie samolotu nad Gibraltarem zginął gen. Władysław Sikorski, współautor zwycięstwa nad Armią Czerwoną w 1920 r., premier II RP. W czasie II wojny światowej Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych i szef rządu RP na uchodźstwie. Okoliczności jego śmierci do dziś budzą kontrowersje.
Na początku lata 1943 roku gen. Władysław Sikorski udał się na inspekcję Armii Polskiej na Wschodzie. Samolot Liberator II AL523, którym generał wracał z inspekcji, spadł do morza 4 lipca 1943 roku o godz. 23.07, 16 sekund po starcie. W wypadku śmierć poniosła także córka generała, szef sztabu Naczelnego Wodza, Tadeusz Klimecki oraz siedem innych osób.
Przyczyn katastrofy (ocalał tylko czeski pilot) nie wyjaśniono w pełni do dziś. Według oficjalnej wersji, przedstawionej w raporcie brytyjskiej komisji badającej wypadek w 1943 r., przyczyną katastrofy było zablokowanie steru wysokości. Niektórzy uważają jednak, że był to zamach. Jako możliwych autorów wskazywano m.in. sowiecki wywiad, Anglików oraz polską opozycję wobec Sikorskiego.

W listopadzie 2008 r., w ramach śledztwa IPN ekshumowano szczątki gen. Sikorskiego z trumny w katedrze na Wawelu. Badania ustaliły, że generał zginął w wyniku obrażeń wielu narządów, typowych dla ofiar katastrof komunikacyjnych.

„Należał do ludzi cenionych poniżej swej rzeczywistej wartości (…). Jego decyzje chętnie przypisywano ambicji lub taktyce, a nie rozumnemu patriotyzmowi. Wyróżniał go i wynosił ponad innych przymiot, który zapewniał mu wysoką klasę, a który jest nieodzowny u męża stanu, poczucie rzeczywistości. Rzecz na pozór zwykła, a jakże w istocie rzadka, zwłaszcza w naszym społeczeństwie” – tak przedstawiał gen. Władysława Sikorskiego jego bliski współpracownik Edward Raczyński, ambasador RP w Londynie, kierujący w latach 1941-1943 MSZ.
Władysław Sikorski odznaczony był m.in.: orderem Virtuti Militari kl. II i V, Polonia Restituta kl. I i III, Krzyżem Niepodległości, czterokrotnie Krzyżem Walecznych oraz pośmiertnie Orderem Orła Białego.

Źródło : Gość.pl , IPN

Brawurowa ucieczka polskich oficerów z oflagu w Twierdzy Srebrna Góra 

Od 1940 roku na dwóch fortach Twierdzy Srebrna Góra znajdował się niemiecki obóz jeniecki, oflag VIII B. W nocy z 5 na 6 maja 1940 roku z jednego z nich, Hohensteina, uciekła połowa osadzonych tam polskich oficerów kampanii wrześniowejOgromna twierdza położona na wzgórzu z grubymi murami, przez które niemal niemożliwe jest przebicie się czy przekopanie. Oflag VIII B mieścił się w dwóch srebrnogórskich fortach Spitzberg (Ostróg) i Hohenstein (Wysoka Skała, Rogowy).Oprócz fortów część oflagu znajdowała się również w miasteczku, w hali fabrycznej położonej niedaleko dworca kolejowego Srebrna Góra Miasto.
Oflag miał być obozem karnym, do którego mieli trafiać jeńcy złapani podczas ucieczki lub wyjątkowo niesubordynowani. Na przykład generał Tadeusz Piskor w oflagu VII A Murnau wygłosił wyjątkowo płomienne i patriotyczne przemówienie z okazji 11 listopada i za to został przeniesiony właśnie do oflagu VIII B w Srebrnej Górze. Niepokorny, a jednocześnie patriotyczny duch tych oficerów jednak nie upadł i także z fortu Spitzberg (który był „głównym” obiektem oflagu) próbowano uciekać. Po kolejnej próbie takiej ucieczki, wiosną 1940 roku, 20 oficerów przeniesiono do położonego w pobliżu fortu Hohenstein, z którego podobno nie dało się uciec – był jeszcze bardziej niedostępny i panowały w nim gorsze warunki. Jak się okazało, Niemcy nie mogli się bardziej mylić.

W kwietniu 1940 roku na forcie Spitzberg miało przebywać 86 oficerów. Byli to przeważnie oficerowie kampanii wrześniowej, z ważniejszych postaci można wymienić kontradmirała Józefa Unruga – dowódcę obrony wybrzeża we wrześniu 1939 roku, generała Tadeusza Piskora byłego szefa Sztabu Głównego Wojska Polskiego, dowódcę Armii „Lublin”, komandora Stefana Frankowskiego, dowódcę obrony Helu, czy majora Wiktora Baranowskiego, który był „starszym obozu” w forcie Hohenstein. Osadzony był tam również na przykład Jędrzej Gietrych, przedwojenny działacz endecji, który początkowo był w obozie przejściowym. Podczas transportu do innego oflagu udało mu się zbiec do Berlina, gdzie próbował znaleźć pomoc w ambasadzie hiszpańskiej. Niestety, wpadł i został przetransportowany do Oflagu VIII B w Srebrnej Górze. Byli też młodzi porucznicy, podporucznicy, majorowie. Pierwsi więźniowie dotarli do oflagu w forcie Spitzberg w grudniu 1939 roku, wtedy obóz nie był jeszcze w pełni gotowy, pełne funkcjonowanie zaczął na początku 1940 roku.
Warto na początku zaznaczyć, że według polskich oficerów będących w niewoli, ich obowiązkiem było spróbować uciec. Traktowali ucieczkę, jako czynną walkę z Niemcami. Oficerowie dwa razy próbowali uciec z fortu Ostróg przez okno. Obie akcje zakończyły się niepowodzeniem. Po tej ostatniej, dwudziestu najbardziej krnąbrnych oficerów przeniesiono z fortu Spitzberg (Ostróg) do fortu Hohenstein. Gdy tylko się tam znaleźli zaczęli myśleć, jak się stamtąd wydostać. Głównymi inicjatorami ucieczki byli Giertych i Gerstel. Jeden z oficerów zauważył, że obok jadalni są drzwi, za którymi znajduje się pomieszczenie z oknem na tyle dużym, że można przez nie uciec. Okno przed przeniesieniem na fort oficerów zostało pospiesznie zamurowane, ale zaprawa nie zdążyła dobrze zaschnąć i łatwo było się jej pozbyć. Więźniowie zaczęli intensywnie przygotowywać się do ucieczki: obozowy ślusarz „dorobił” klucz do składziku, zaczęto usuwać cegły z zamurowanego okna, gromadzić prowiant. Ostatecznie na ucieczkę zdecydowało się 10 oficerów, ale reszta solidarnie ich wspierała i pomagała. Była to ogromna porażka Niemców. Z obozu karnego, z którego myśleli, że nie da się wydostać, jednej nocy uciekła połowa osadzonych, a druga połowa kryła uciekinierów, robiąc zamieszanie, chodząc tam i z powrotem między kantyną a kazamatami.
Uciekali z 5 na 6 maja, z niedzieli na poniedziałek. Oficerowie zgromadzili się po apelu w jadalni, rzekomo by odmówić modlitwę. Dziesięciu oficerów schowało się w składziku, a pozostali wchodzili i wychodzili z jadalni, by Niemcy nie zauważyli brakujących osób. Pierwsza grupa, która uciekła byli to „marynarze” Jędrzeja Giertycha, nazwani tak, gdyż zostali wzięci do niewoli po kapitulacji Helu 2 października 1939 roku, następni więźniowie uciekali kolejno w odstępach czasowych. Oficerowie opuścili fort w trzech grupach: trzyosobowej (Michał Niczko, Jędrzej Giertych, Zdzisław Ficek) czteroosobowej (Jan Niestrzęba, Zygmunt Mikusiński, Jerzy Klukowski i Zdzisław Dębowski) i znowu trzyosobowej (Felicjan Pawlak, Jan Gerstel, Tadeusz Wesołowski). Już po wyjściu z fortu Niestrzęba i Mikusiński dołączyli do Giertycha i jego kolegów z grupy i dalej szli z nimi. Obrali kierunek na południe, szli w stronę Kłodzka, by dostać się do Czech i potem na Węgry.

6 maja, kiedy sprawdzony został stan obozu, Niemcy zorientowali się, że brakuje połowy więźniów. Natychmiast rozpoczęto poszukiwania, ściągnięto posiłki i psy tropiące. Polskim oficerom sprzyjała pogoda, w momencie ucieczki padało, co przyczyniło się do zgubienia tropów i ostatecznie nie wykorzystano psów. Pierwszych uciekinierów złapano po pięciu dniach w okolicach Bystrzycy Kłodzkiej. Grupa marynarzy wpadła po kilkunastu dniach koło Ołomuńca, po tym jak zasnęli przy budce granicznej. W konsekwencji ucieczki major von Zerboni, komendant obozu, został zwolniony i postawiony przed sąd wojenny, który ostatecznie go uniewinnił. Schwytanych uciekinierów ukarano kilkudniowym aresztem. W samym obozie były częstsze rewizje, zwiększona ilość apeli i ściślejszy dozór. Polskich oficerów chroniła tu konwencja genewska, która określała, że za ucieczkę żołnierzy z niewoli groziło maksymalnie 30 dni aresztu.
Ucieczka powiodła się Felicjanowi Pawlakowi, Janowi Gerstelowi i Tadeuszowi Wesołowskiemu. Pierwszy dzień po ucieczce przesiedzieli w lesie pod fortem. Gdy w końcu ruszyli w drogę po kilkunastu godzinach wędrówki wrócili w to samo miejsce. Byli zaopatrzeni w cukier, kawę, suchary, mieli nawet mydło. Ta trójka, podobnie jak reszta uciekinierów najpierw kierowała się na Kłodzko. Mimo kłopotów udało im się dotrzeć do Protektoratu Czech i Moraw, a potem do Słowacji i na Węgry. Gerstel wspomina, że w Budapeszcie spędzili cudowny czas i dopiero tam poczuli się naprawdę wolni. Następnie udali się do Jugosławii i przez Grecję, Turcję na Bliski Wschód, by dołączyć do Brygady Karpackiej. Po drodze, według niektórych źródeł już w Jugosławii, a według innych w Turcji, ich drogi się rozeszły. Gerstel dołączył do RAF-u i znowu trafił do niewoli w lutym 1942, kiedy jego bombowiec zestrzelono nad Holandią, ale przeżył wojnę. Pawlak walczył pod Mont Casino i po wojnie zamieszkał w Anglii. Wesołowski był saperem i zginął pod Tobrukiem.
Po ucieczce z fortu Hohenstein pozostałych oficerów przeniesiono znowu na fort Ostróg. 21 czerwca 1941 roku oflag VIII B został zamknięty, a więźniowie przeniesieni do innych obozów na ternie Rzeszy. W latach 70. ząbkowicki oddział PTTK organizował cykliczny rajd „Trasami ucieczki jeńców z oflagu VIII B”, do Srebrnej Góry przyjeżdżali żyjący jeszcze byli więźniowie. W forcie Ostróg powstała izba pamięci poświęcona oflagowi. Od lat 90. historia polskich oficerów przetrzymywanych w Twierdzy powoli popada w zapomnienie.

Źródło : Doba.pl