„Cud nad Wisłą” bitwa która uratowała Europę

Na przedpolach Warszawy rozegrała się decydująca batalia wojny polsko-bolszewickiej. Określana „Cudem nad Wisłą” i uznawana za przełomową 18. bitwę w historii świata, Gdyby Polacy nie wygrali bitwy warszawskiej, cała Europa stałaby otworem przed komunistyczną propagandą i sowiecką inwazją. Współczesna historia cywilizacji zna mało wydarzeń posiadających znaczenie większe od bitwy pod Warszawą w roku 1920.

15 sierpnia 1920 roku Wojsko Polskie przygotowywało się do ataku Armii Czerwonej, która już wtedy była najpotężniejszą, najliczniejszą i najbardziej nieludzką armię świata. Jej dywizje nie dopuszczały możliwości bycia pokonanymi przez Polaków, planowali zdobyć Warszawę oraz wyruszyć na Berlin, Paryż i inne stolice Europy. W sierpniowych dniach 1920 r. na stolicę zwrócone są oczy wszystkich: jeśli Warszawa zostanie zajęta przez wschodnich barbarzyńców, niepodległość państwa upadnie. W uszach wielu Polaków dramatycznie zabrzmiało pytanie postawione przed Bitwą Warszawską przez Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego: „Co wybieramy, niewolę czy zwycięstwo?”. Odpowiedź mogła być tylko jedna: „Walka do ostatniej kropli krwi”.

I zwycięstwo przyszło. Wymodlone przez władze i społeczeństwo, okupione wielkim wysiłkiem i poświęceniem całego Narodu. Do szeregów obrońców Ojczyzny pospieszyły nawet dzieci – jak 11-letni harcerz Tadeusz Jeziorkowski z Płocka, odznaczony za męstwo Krzyżem Walecznych. Symboliczną ofiarą, która rozpaliła nadzieję na zwycięstwo, była śmierć ks. Ignacego Skorupki pod Ossowem 14 sierpnia. Na następny dzień bolszewicy zaplanowali zdobycie Warszawy i przejęcie władzy przez komitet rewolucyjny, jednak żołnierze polscy przełamują front pod Radzyminem i przechodzą do ataku. Na północy, pod Nasielskiem, armia gen. Władysława Sikorskiego gromi nieprzyjaciela. 16 sierpnia rusza uderzenie znad Wieprza. „Niezwyciężona” Armia Czerwona ucieka w panice.

Wygrana wojna z bolszewikami była pierwszym tak wielkim zwycięstwem oręża polskiego od czasu bitwy pod Wiedniem. Triumf ten odnieśliśmy samodzielnie, bez pomocy obojętnej Europy, sympatyzującej z ideologią komunistyczną. Tym bardziej możemy być dumni i cieszyć się z Cudu nad Wisłą i okazywać wdzięczność tym, którzy walczyli o naszą Ojczyznę. Bitwa Warszawska trwała od 13 do 25 sierpnia. Straty Rosjan oszacowano na 25 tysięcy zabitych. Do niewoli wzięto 66 tysięcy jeńców. Po naszej stronie było 14 i pół tysiąca poległych, 22 tysiące rannych żołnierzy i 10 tysięcy zaginionych.

Źródło : Wpolityce.pl, dziennikzachodni.pl,

„Warszyc” Wierny Żołnierz Polski 

Komunistyczna propaganda przedstawiała „Warszyca” jako „krwawego watażkę”. W rzeczywistości był on znakomitym organizatorem, potrafiącym stworzyć skuteczne i oddane oddziały, zdecydowanym na walkę do końca o swe ideały. „Darowano nam Polskę i ustanowiono rządy nad Nią, jakbyśmy byli narodem żebraków, jakbyśmy czekali przez sześć lat wielkich zmagań na koniec wojny z założonymi rękami, jakbyśmy nie toczyli najkrwawszych na kuli ziemskiej walk i jakbyśmy nie przerośli naszych rzekomych dobroczyńców gotowością do po- święceń i bohaterstwem. Na świętych ołtarzach Wawru, Oświęcimia, Majdanka, Warszawy, leśnych partyzanckich pobojowisk, spacyfikowanych po barbarzyńsku miast i wsi – dokonano najhaniebniejszej w dziejach profanacji: stworzono sztuczną, jakby w sercach naszych nie żyła prawdziwa, Polskę, która jest usankcjonowaniem wszelkiej podłości, zła i zdrady”pisał .
Stanisław Sojczyński, bo tak nazywał się „Warszyc”, urodził się 30 marca 1910 roku we wsi Rzejowice koło Radomska. Pochodził z rolniczej rodziny. Był jednym z sześciorga dzieci Michała i Antoniny ze Śliwkowskich. Jako jedyny z rodzeństwa został wysłany do szkoły. Było to Państwowe Seminarium Nauczycielskie w Częstochowie. Został nauczycielem.
We wrześniu po rozpoczęciu wojny, skierowano go do wojska w Łodzi, niepowodzenia Polaków sprawiły że szybko powrócił do rodzinnej miejscowości, gdzie włączył się w konspirację, zwerbowany przez swojego nauczyciela ze szkoły powszechnej, Aleksandra Stasińskiego ps. „Kruk”.

Zyskał wśród kolegów szacunek, dzięki wrodzonym zdolnościom bardzo szybko, bo już w 1939 roku został komendantem Podobwodu Rzejowice AK, a od października 1942 roku zastępcą komendanta Obwodu Radomsko AK, będąc jednocześnie szefem Kierownictwa Dywersji w Obwodzie.
Była to jedna z najbardziej spektakularnych akcji polskiego podziemia. Pod dowództwem „Warszyca” przeprowadzono atak na niemieckie wiezienia w Radomsku, skutkiem czego uwolniono 40 Polaków oraz 11 Żydów, a sam oddział poniósł minimalne straty. „Warszyc” został za to odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.Po dowodzeniu I batalionem 27 pułku Piechoty AK w 1945 został awansowany na stopień kapitana.

Najgłośniejsza akcja organizacji, której pomagał „Warszyc”, miała miejsce 19 kwietnia 1946 r. w nocy. Do Radomska weszło około 170 partyzantów, którzy opanowali budynek więzienia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, skąd uwolniono 57 aresztowanych i zlikwidowano część członków PPR, na których dowództwo KWP wydało wyroki śmierci. Po dwóch godzinach zarządzono koniec akcji, w czasie powrotu rozbito trzykrotnie większy oddział KBW, w akcji zginęło 16 żołnierzy KWP oraz 8 schwytanych żołnierzy sowieckich. Mimo że plan udał się tylko częściowo, nie zdołano uwolnić wszystkich, a część członków PPR zdążyła się ukryć, akcja odbiła się echem w całym kraju.

Po akcji w Radomsku „Warszyc” stał się dla bezpieki wrogiem publicznym numer jeden. Odpierając kłamliwe zarzuty ludowej władzy, redagował pismo „W świetle prawdy”, które było wydawane od września 1945 r. do czerwca 1946 r
27 czerwca 1946 w Częstochowie w wyniku zdrady Henryka Brzóski aresztowano m.in. „Warszyca”, „Ewunię”, „Alberta”, „Nałęcza”. Dzięki przechwyconym na miejscu dokumentom UB dotarło do wielu żołnierzy, w dużym stopniu rozbijając grupę. Proces Stanisława Sojczyńskiego odbywał się między 9 a 17 grudnia 1946 roku przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi. Składowi sędziowskiemu przewodniczył pułkownik Bronisław Ochnio, a oskarżycielami byli prokuratorzy: major Czesław Łapiński i major Kazimierz Graff. „Warszyca” skazano na karę śmierci. Wyrok wykonano 19 lutego 1947 roku w łódzkim więzieniu przy ul. Sterlinga.

Źródło : polskatimes.pl, niezwykle.com, naszedziedzictwo.com,

Potop Szwedzki – Głęboka rysa na honorze polskiej szlachty

Gdy 27 grudnia 1655 r. Szwedzi wycofali się z Jasnej Góry, w wojnie nastąpił przełom. Jednak potop trwał, a wojska Karola Gustawa zniszczyły Polskę bardziej niż dwie wojny światowe razem wzięte

W dniu 21 lipca 1655 roku armia szwedzka licząca 14 tysięcy żółnierzy i 70 armat pod wodzą feldmarszałka Arvida Wittenberga przekroczyła granice Rzeczypospolitej. Rozpoczęła się trwająca prawie pięć lat wojna polsko-szwedzka zwana powszechnie „Potopem”. Szwedzi doskonale wybrali moment na rozpoczęcie wojny. Rzeczpospolita, uwikłana w wojnę z Rosją i osłabiona pogłębiającym się konfliktem wewnętrznym pomiędzy królem Janem II Kazimierzem a wielmożami i szlachtą (m.in. dwa nieudane sejmy w 1652 i 1654 r.), nie dysponowała wojskiem do odparcia ataku.

Pierwsze miesiące były jednym pasmem zwycięstw Szwedów. Pod Ujściem wojewoda poznański Krzysztof Opaliński i Kaliski Andrzej Grudziński oddali się pod protekcję Karola Gustawa, króla Szwecji. Hetman Janusz Radziwiłł i jego brat Bogusław zawarli w Kiejdanach układy ze Szwedami, które przekreślały unię polsko-litewską. Były to przedsięwzięcia nielegalne, traktowane jako zdradę Rzeczpospolitej.Bez walki padła Warszawa, jedynie Kraków, którego bronił Stefan Czarniecki stawiał opór, ale skapitulował po trzech tygodniach. Najeźdźcy zajęli Rzeczpospolitą szybko jak potop, ale równie szybko zaczęli tracić poparcie szlachty. Stało się tak, bo Szwedzi przeszli przez tereny polskie paląc, grabiąc, niszcząc i łamiąc wszelkie prawa

Pierwsi do walki z wrogiem stanęli chłopi i mieszczanie, do których dołączała szlachta. Broniło się Podkarpacie, Zamość, Lwów, Gdańsk, Malbork. Król Jan Kazimierz schronił się wraz z rodziną na Śląsku i stamtąd wezwał naród do walki przeciwko Szwedom. Na wieść o patriotycznym zrywie wrócił w grudniu 1655 roku do kraju.
18 listopada 1655 Szwedzi rozpoczęli oblężenie klasztoru jasnogórskiego. Obrona Jasnej Góry z militarnego punktu widzenia miała ograniczone znaczenie, jednak stała się pierwszym w tej wojnie zwycięstwem strony polskiej i tryumfem moralnym i symbolicznym.
Ostatecznie wojnę polsko-szwedzką kończył zawarty 3 maja 1660 pokój w Oliwie . Na jego mocy Jan Kazimierz zrzekł się roszczeń w stosunku do tronu szwedzkiego, tylko południowo-wschodnie Inflanty pozostały przy Polsce, natomiast reszta znalazła się w rękach szwedzkich. Poza tym potwierdzone zostały traktaty welawsko – bydgoskie, a Szwecja zobowiązała się zagwarantować państwom nadbałtyckim swobodę żeglugi i handlu na Bałtyku, miała tez wrócić zagrabione dzieła sztuki (czego nigdy nie zrobiła).

Źródło : polskieradio.pl, blogpublika.com, gazeta.pl,

To był ostatni Żołnierz Wyklęty. Ukrywał się aż do… 1982 roku

.

Ukrywał się do końca życia, a miejsce jego pochówku do tej pory pozostawało nieznane. W końcu odnaleziono szczątki prawdopodobnie ostatniego ,,żołnierza wyklętego” Antoniego Dołęgi ps. Znicz. Natrafiono na nie w miejscowości Popławy-Rogale w Lubelskiem. Wszystko wskazuje, że są to szczątki „Znicza”, szczątki wydobyli pracownicy Biura Poszukiwań i Identyfikacji.

Miejsce pochówki wskazał Marek Artowicz, mieszkaniec miejscowości Popławy-Rogale. To na terenie posesji jego rodziny ukrywał się Dołęga. Antoni na koniec ukrywał się u nas w gospodarstwie, u nas umarł i tu go mój ojciec pochował. To było w stanie wojennym, nie pamiętam dokładnie kiedy. Ojciec go pochował po kryjomu, komuna wtedy była, baliśmy się – opowiadał Artowicz, któremu ojciec na łożu śmierci przekazał, by nikomu nie wyjawiał miejsca pochówki Dołęgi. Syn nie wypełnił woli ojca, bo jak przyznał, nie chciał, by los „ostatniego wyklętego” na zawsze pozostał nieznany.

Dołęga zmarł najprawdopodobniej w 1982 roku. Z relacji tych, którzy pamiętają, jak ukrywał się w ich domach, wynika, że Znicz do końca pozostał wierny przysiędze, poświęcając zdrowie, rodzinę i ostatecznie też życie.

Poszukiwania miejsca pochówku Dołęgi od kilku lat prowadził wnuk siostry żołnierza Ronald Werelich. Jego prywatne śledztwo wśród mieszkańców okolic Łukowa przyniosło skutek. Wcześniej nie udało się to jego ojcu.

Mój ojciec, dwudziestoparoletni młodzieniec w latach 70. wyjeżdżał do Łukowa, kontaktował się z ludźmi, którzy byli sąsiadami Antoniego, próbował ustalić jego miejsce pochówku. Te poszukiwania okazały się bezskuteczne. Nie znajdywał wielu chętnych do rozmowy, albo trafiał na ludzi, którzy o Antonim nie wiedzieli. Z tego, co wiemy dzisiaj, Antoni wtedy jeszcze żył. Często z tatą zastanawiamy się. czy wiedział o tym, że rodzina go szuka i możemy domyślać się, że wiedział o tym doskonale. Kilka lat temu ja postanowiłem kontynuować to, co zaczął mój tata. Za pośrednictwem portalu społecznościowego poznałem ludzi, u których wuj Antoni się ukrywał, m.in. Tadeusza Brzozowskiego, Jerzego Płudowskiego, czy Dariusza Wysokińskiego, u którego dziadek pozostawił testament, a w nim informacje na temat swojego dowódcy partyzanckiego z lasu, mojego wuja. Za ich pośrednictwem dotarłem do kolejnych rodzin, a było ich wiele, które ukrywały wuja przez kilkadziesiąt lat i udało się ustalić miejsce pochówku Antoniego Dołęgi – wspomina Werelich.

Dołęga po zakończeniu II wojny światowej trafił do oddziału zbrojnego por. Józefa Matusza ps. Lont. W 1951 roku przejął dowództwo. W 1955 roku jego oddział się rozpadł, ale Dołęga się nie ujawnił. Pozostał w ukryciu aż do śmierci.
Źródło: Niezależna , IPN

Mjr. Witold Urbanowicz Jedyny polski żołnierz II wojny światowej walczący zJapończykami

Jest pan najmniejszą armią, jaka kiedykolwiek istniała. O ile wiem, jest pan jedynym Polakiem, który czynnie wydał wojnę Japonii. Chciałem więc zobaczyć pana przed pańskim odlotem i życzyć good luck” – powiedział do pilota Witolda Urbanowicza dowódca amerykańskiego lotnictwa gen. Henry Arnold. Jak to się stało, że bohater bitwy o Anglię został jednoosobowym polskim korpusem ekspedycyjnym na Dalekim Wschodzie? Towarzyszył generałowi Sikorskiemu podczas spotkania z prezydentem Rooseveltem oraz poznawał tajniki organizacji i wyposażenia amerykańskich sił powietrznych. Powziął wówczas dwie ważkie decyzje: ożenił się, a potem wyjechał jako ochotnik do Chin, walczyć z Japończykami.
Major Witold Urbanowicz w drugiej połowie 1942 r. został attaché lotniczym w Waszyngtonie. Spotykał się tam oficjalnie i nieoficjalnie z czołowymi przedstawicielami amerykańskiego establishmentu politycznego i wojskowego. Urbanowicz skorzystał z zaproszenia, które wystosował do niego gen. Claire Chennault. Dowódca 14 Armii Powietrznej, operującej w rejonie Chińskim. Chennault, utalentowany i charyzmatyczny oficer, był twórcą ochotniczej, amerykańskiej jednostki myśliwskiej walczącej u boku chińskiego przywódcy Czang Kaj-szeka przeciwko japońskiemu imperium. Jego piloci w krótkim czasie zasłynęli zarówno z pijackich wybryków i braku dyscypliny, jak też znakomitej skuteczności.
Major Urbanowicz ani razu nie został trafiony, uratował natomiast życie swojemu amerykańskiemu koledze mjr. Richardsonowi, któremu zestrzelił „z ogona” dwa japońskie mitsubishi zero. List z podziękowaniem za ten wyczyn przysłał mu sam gen. Arnold. W sumie od października do końca grudnia 1943 r. Witold Urbanowicz zniszczył 11 samolotów wroga, za co został udekorowany amerykańskim Air Medal oraz chińskim Krzyżem Lotniczym. Po trzech miesiącach walk z Japończykami wrócił do Wielkiej Brytanii, skąd znów jako attaché lotniczy trafił do polskiej ambasady w Waszyngtonie, gdzie przebywał do końca wojny.

W lipcu 1945 r. już w stopniu pułkownika przyjechał przez okupowane Niemcy do Polski. Natychmiast został aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Zwolniony dzięki amerykańskim interwencjom z najwyższego szczebla, wrócił do USA i osiadł z rodziną w Nowym Jorku, gdzie pracował przez wiele lat jako pilot, kontroler i konsultant w liniach lotniczych. Nie był to jednak koniec prowadzonej przez niego wojny. Dopiero 8 lutego 1957 r. w Nowym Jorku spotkali się ówczesny minister spraw zagranicznych PRL Józef Winiewicz i japoński ambasador przy ONZ Toshikazu Kase, by podpisać układ o przywróceniu normalnych stosunków między Polską i Japonią. Dokument zakończył trwający od 16 lat stan wojny między oboma krajami: jednej z najdłuższych, a jednocześnie najmniej krwawej i do tego prowadzonej jednostronnie przez Polskę. Jedyny żołnierz tej wojny, pilot Witold Urbanowicz, awansowany pod koniec życia do stopnia generała Wojska Polskiego, zmarł w wieku 88 lat w szpitalu dla amerykańskich weteranów wojennych na Manhattanie w 1996 r.

Źródło : Wprost , Ciekawostkihistoryczne

Trup zwany Anglią

Patrząc na ten kraj po ostatnich zamachach terrorystycznych, przychodzi na myśl obraz francuskiej armii z rękoma podniesionymi do góry przed Germańskim najeźdźcą , tyle ze Niemców zastąpili tutaj bojownicy Allaha, a tchórzliwych francuzów obywatele Wielkiej Brytanii.Mieszkańcy wysp żyją w ciągłym strachu i widać to na organizowanych chociażby w Londynie imprezach masowych, gdzie mimo wykupionych biletów niemała liczba nie pojawia się na owych imprezach .

Multikulturalizm tak się tutaj zadomowił ze trudno namówić jakiegokolwiek mieszkańca na rozmowę na temat islamu, a jeśli jeszcze ta rozmowa miała by przejść na krytykę wyznawców religii Mahometa prawie każdy Angol jak najszybciej próbuje uciec od tej konwersacji .

Jedyną bronią jaką widzą Anglicy do walki z islamem jest malowanie kredą po chodnikach ( na styl francuski ) jak i tatuowanie sobie pszczółek na skórze.

Już w dziewięciu miastach Wielkiej Brytanii burmistrzem jest przedstawiciel islamu ,

na terenie UK znajduje się już ponad 3000 meczetów,

78% muzułmańskich kobiet nie pracuje (żyje z zasiłków ),

63% muzułmańskich mężczyzn nie pracuje (żyje z zasiłków ),

obecna populacja wyznawców Allaha wynosi 4 miliony mieszkańców lecz ta liczba powiększa się w katastroficznym stopniu dzięki wielodzietności rodzin muzułmańskich ( przeciętna angielska rodzina posiada 2 dzieci gdzie rodzina islamska 6-8 potomstwa )

Te liczby są przerażajace i na pierwszy rzut oka widać ze islamizacja kraju Króla Artura postępuje w zastraszającym tempie .

Angielski rząd nie dostrzega lub nie chce dostrzec ze jest w stanie wojny z wyznawcami arabskiego Boga i swoją uległością w stosunku do tej religii stawia swój kraj i obywateli na przegranej z góry pozycji, gdyż któregoś dnia mogą się obudzić i dowiedzieć się że mieszkają w kraju Wielki Kalifat Brytyjski

My, urodzeni w latach 60-70-80 tych, wychowywani przez rodziców patologicznych.

Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za smarowanie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął.

Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby.

Skakaliśmy z balkonu na odległość. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie. Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał do szkoły. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwasiory/szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.
Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z opiekunką.

Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł.
W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka. Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego – codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw.

A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!