Trup zwany Anglią

Patrząc na ten kraj po ostatnich zamachach terrorystycznych, przychodzi na myśl obraz francuskiej armii z rękoma podniesionymi do góry przed Germańskim najeźdźcą , tyle ze Niemców zastąpili tutaj bojownicy Allaha, a tchórzliwych francuzów obywatele Wielkiej Brytanii.Mieszkańcy wysp żyją w ciągłym strachu i widać to na organizowanych chociażby w Londynie imprezach masowych, gdzie mimo wykupionych biletów niemała liczba nie pojawia się na owych imprezach .

Multikulturalizm tak się tutaj zadomowił ze trudno namówić jakiegokolwiek mieszkańca na rozmowę na temat islamu, a jeśli jeszcze ta rozmowa miała by przejść na krytykę wyznawców religii Mahometa prawie każdy Angol jak najszybciej próbuje uciec od tej konwersacji .

Jedyną bronią jaką widzą Anglicy do walki z islamem jest malowanie kredą po chodnikach ( na styl francuski ) jak i tatuowanie sobie pszczółek na skórze. 

Już w dziewięciu miastach Wielkiej Brytanii burmistrzem jest przedstawiciel islamu , 

na terenie UK znajduje się już ponad 3000 meczetów, 

78% muzułmańskich kobiet nie pracuje (żyje z zasiłków ),

63% muzułmańskich mężczyzn nie pracuje (żyje z zasiłków ),

obecna populacja wyznawców Allaha wynosi 4 miliony mieszkańców lecz ta liczba powiększa się w katastroficznym stopniu dzięki wielodzietności rodzin muzułmańskich ( przeciętna angielska rodzina posiada 2 dzieci gdzie rodzina islamska 6-8 potomstwa )

Te liczby są przerażajace i na pierwszy rzut oka widać ze islamizacja kraju Króla Artura postępuje w zastraszającym tempie . 

Angielski rząd nie dostrzega lub nie chce dostrzec ze jest w stanie wojny z wyznawcami arabskiego Boga i swoją uległością w stosunku do tej religii stawia swój kraj i obywateli na przegranej z góry pozycji, gdyż któregoś dnia mogą się obudzić i dowiedzieć się że mieszkają w kraju Wielki Kalifat Brytyjski 

My, urodzeni w latach 60-70-80 tych, wychowywani przez rodziców patologicznych.

Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za smarowanie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął.

Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby.

Skakaliśmy z balkonu na odległość. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie. Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał do szkoły. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwasiory/szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.
Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z opiekunką.

Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł.
W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka. Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego – codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw.

A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

Co z tobą Europo !!

Patrząc na to co dzieje się w Europie , zastanawiam się , jak daleko posuną się zachodnioeuropejskie lewicowe rządy w zniszczeniu tradycji i kultury europejskiej , kultury która dojrzewała przez setki lat w czasach pokoju jak i wojny począwszy od starożytnego Rzymu aż po dzień dzisiejszy , tradycji która jest unikalna dla każdego kraju i regionu na naszym pięknym kontynencie . I wszystko to ma być zniszczony w imię chorej idei jaką jest multikulturalizm  Jakim trzeba być hipokrytą i kretynem by niewidzieć ze społeczny eksperyment o nazwie multikulti to niewypał.

Każda trzeźwo myśląca osoba widzi te wszystkie gwałty, molestowania, walk imigranckich gangów, powstanie stref NO GO ( szczególnie we Francji i Niemczech) i wysuwa wniosek ze imigranci nie przybywają tutaj żeby wchłaniać europejskie wartości i styl życia, NIE, oni przybyli (cały czas przybywają ) na stary kontynent po to , żeby zaprowadzić tu swoje prawa i porządki , przybyli żeby skolonizować nasze ziemie, żeby przejąć władze i wprowadzić rządy swojego Boga .
Szlak mnie trafia jak widzę w naszej ojczyźnie pochody KODu i całej „elitarnej” polskiej opozycji z Shetyną i Petru na czele , są to protesty starych SB-ków , UB-ków , i wszystkich komunistów , postkomunistów , lewaków , homosiów i osób opłacanych przez naszych zachodnich sąsiadów z niemiecką cesarzową na czele . Jest to wojna o polskie wartości , styl życia , wiarę i honor , wojna której nie możemy przegrać, musimy walczyć i musimy zwyciężyć od tego zależy przyszłość naszych dzieci i wnuków.

Adam Andrzejewski