Leon Taraszkiewicz ps. „Jastrząb” , bohater będzie miał godny pogrzeb

Aresztowanie, ucieczka, a później walka z komunistami. Dla Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb” i jego żołnierzy wojna nie skończyła się w 1945 roku.
Identyfikacja szczątków „Jastrzębia” to efekt współpracy lubelskiego IPN z Urzędem Wojewódzkim. 
W trzeci weekend lipca we Włodawie odbędą się uroczystości pogrzebowe Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb”. Szczątki żołnierza podziemia niepodległościowego ekshumowali i zidentyfikowali pracownicy IPN. Wcześniej, przez prawie 70 lat, rodzina nie miała pewności, kim jest osoba spoczywająca w anonimowym grobie. 

Wybuch wojny zastał 14-letniego wówczas Leona we Włodawie. Już rok później został aresztowany za posiadanie materiałów wybuchowych.
Trafił na roboty przymusowe do Niemiec, później przebywał m.in. w więzieniu na Zamku w Lublinie. Jesienią 1942 r. uciekł i został siłą wcielony do oddziału partyzanckiego Armii Czerwonej. Po „wyzwoleniu” Lubelszczyzny nie zgodził się na współpracę z bezpieką i ponownie trafił na Zamek. Komunistom uciekł wiosną 1945 r. Rok później był już dowódcą oddziału WiN, z którym przeprowadził kilkadziesiąt akcji przeciwko grupom rabunkowym i komunistom. 

– Jako młody człowiek potrafił pociągnąć za sobą starszych, bardziej doświadczonych ludzi. To też świadczy o sile jego charakteru – przyznaje Artur Piekarz z biura poszukiwań i identyfikacji IPN w Lublinie. 

W lipcu 1946 r. w ręce żołnierzy „Jastrzębia” wpadła rodzina Bolesława Bieruta. Siostra ówczesnego prezydenta Krajowej Rady Narodowej przebywała w niewoli przez trzy dni. Świadkowie wspominali po latach, że w areszcie nie spotkały jej większe represje. Do najcięższych należał nakaz śpiewania pieśni religijnych. W kolejnych miesiącach walki podziemia niepodległościowego z komunistami stawały się coraz cięższe. 3 stycznia 1947 r. „Jastrząb” został postrzelony w czasie potyczki z KBW w Siemieniu koło Parczewa. Zmarł w wieku 22 lat. Miejscowi konspiratorzy pochowali go na tamtejszym cmentarzu. Przez lata na jego mogile znajdowała się tabliczka z imieniem „Leo”. To była jedyna wskazówka o pochowanym żołnierzu. 
– Przypuszczaliśmy, że to jest mogiła „Jastrzębia” i pod koniec listopada ubiegłego roku zostały z niej ekshumowane szczątki. Nasi pracownicy dokonali identyfikacji DNA. Materiał porównawczy otrzymaliśmy od żyjącej siostry Leona – mówi Marcin Krzysztofik, pełniący obowiązki dyrektora lubelskiego IPN. Inicjatorem ekshumacji była rodzina Leona i społeczność Włodawy. – „Jastrząb” był legendarnym żołnierzem niezłomnym w okresie okupacji sowieckiej po drugiej wojnie światowej i upamiętnienie jego bohaterstwa to przywracanie godności państwu polskiemu, które tę godność straciło traktując swoich bohaterów jak największych bandytów

Uroczystości pogrzebowe Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb” rozpoczną się 15 lipca i potrwają jeszcze następnego dnia. W niedzielę odbędzie się uroczyste nabożeństwo w kościele św. Ludwika we Włodawie. Następnie kondukt pogrzebowy przejdzie na cmentarz wojskowy.

Adam Andrzejewski 
Źródło : Kurier Lubelski , IPN

Zapomniana wojna Mieszka I z Ottonem II

Było wiele wojen prowadzonych przez pierwszego historycznego Piasta, wiemy o jego zwycięstwie nad margrabią Hodonem, o walkach ze słowiańskimi Wolinianami i Wieletami, o odebraniu Czechom Małopolski i Śląska, o wyprawach na Połabie, o zaangażowaniu w konflikty domowe cesarstwa, o podbiciu Mazowsza i Pomorza Wschodniego. Problemem jest jednak to, że w większości przypadków nie mamy pojęcia, gdzie i jak przebiegały te walki, nie znamy miejsc bitew, nie wiemy, jakie siły angażował Mieszko w każde z tych działań, zwykle też niejasne są dla nas przyczyny i skutki owych starć. Dlatego naukowcy są w stanie rekonstruować ówczesne wydarzenia tylko w jeden sposób: tworząc hipotezy.Najwspanialszym triumfem militarnym Mieszka. Triumfem, który zdecydował o niezwykłym umocnieniu pozycji państwa polańskiego w stosunkach z Niemcami oraz sprawił, że gnieźnieński władca wszedł do grona najwyższych dostojników ówczesnej Europy kręgu zachodniego, ponad którymi – pod względem powagi stanu i urodzenia – stał tylko cesarz niemiecko-rzymski , jest wygrana wojna z wczesnym władcą cesarstwa Ottonem II.

Zacznijmy jednak od sprawy pozornie niezwiązanej z wojną: małżeństwa.

Jak twierdził Gall Anonim, Mieszko za czasów pogańskich miał siedem połowic, które musiał odprawić, kiedy w dobie sojuszu z Czechami przyjął chrzest i pojął za żonę Dobrawę, córkę praskiego księcia Bolesława Srogiego. W 977 roku Dobrawa umarła, a w ciągu ósmej dekady X wieku przymierze z Czechami najpierw się rozluźniło, a potem zostało zerwane. Jak się zdaje, stało się tak głównie za sprawą polańskiego władcy, który szukał nowych sprzymierzeńców – i to właśnie przeciw Czechom, których zamierzał pozbawić pozycji hegemona ludów zachodniosłowiańskich.
Około roku 980 doszło do zawarcia przez Mieszka kolejnego – i zaskakującego – małżeństwa. On, człowiek, który połowę życia spędził w pogaństwie, a do tego był barbarzyńskim (w oczach Zachodu) władcą jednego z wielu słowiańskich państw, ożenił się z Odą, pierworodną córką dostojnika cesarstwa! Jej ojcem był margrabia Marchii Północnej Dytryk z Haldensleben, głowa rodu należącego do arystokracji niemieckiej. Poprzez sam fakt małżeństwa z kobietą o takim pochodzeniu Mieszko stał się członkiem bardzo wąskiej i bardzo ustosunkowanej warstwy społecznej. Co więcej, Oda została przez możnych saskich wyciągnięta z klasztoru specjalnie po to, aby móc poślubić władcę Słowian. Nakłoniono ją do złamania przysięgi złożonej Bogu, co w owych czasach było postępowaniem niezwykle rzadkim i stosowanym tylko w potrzebach najwyższej wagi. Krok ten spotkał się z silnym sprzeciwem biskupów, lecz ich opór został przełamany nie tylko przez arystokrację saską, ale też przez cesarza Ottona II. Stronie niemieckiej musiało zatem niezwykle zależeć na obłaskawieniu Mieszka. Wraz z ręką żony ofiarowano mu status równorzędny z władcami księstw i marchii Rzeszy.
Począwszy od 972 roku, czyli od bitwy pod Cidiną, która wynikła zapewne z saskiej próby powstrzymania rozrostu polańskich wpływów wśród Słowian połabskich, przez następne dwadzieścia lat Mieszko nie przepuszczał żadnej okazji, aby zaznaczyć swoją obecność na froncie zachodnim.

Dwukrotnie popierał koalicje niektórych książąt Rzeszy i Czechów przeciw władcom Niemiec z dynastii ottońskiej (saskiej): w latach 974-977 przeciw młodemu Ottonowi II, a w latach 984-985 przeciw będącemu jeszcze dzieckiem Ottonowi III.
Poza tym kilkakrotnie w ósmej i dziewiątej dekadzie X wieku wyprawiał się, oficjalnie jako sojusznik niemiecki, przeciw plemionom północnej Połabszczyzny. Rzecz jednak ciekawa, że podczas żadnej z tych wojen jego armia nie wspierała militarnie strony cesarskiej. Źródła pisane świadczą, że wojska polańskie nie tyle walczyły u boku Niemców, co operowały samodzielnie gdzieś na Połabiu.
Z tego skróconego przeglądu widać, że od początku lat 70. do końca swego panowania w roku 992 Mieszko prowadził szalenie aktywną politykę zachodnią. Jak wynika ze źródeł oraz z rekonstrukcji naukowych historyków i archeologów, polityka ta wiodła do coraz silniejszego zaznaczenia polańskich wpływów nie tylko na Połabiu, ale nawet w Niemczech, szczególnie w kraju Sasów.

Spisana po łacinie kronika „Gesta pontificum Cameracensium” („Dzieje biskupów [miasta] Cambresis”) podaje, że w roku 979 roku cesarz Otton II zebrał wojska i osobiście poprowadził je na wojnę przeciw Słowianom. Wrócił w grudniu – pokonany i nieskory do szykowania wyprawy odwetowej. Nastawienie to świadczy, że musiał doznać prawdziwej klęski, która tak mocno nadszarpnęła siłami militarnymi i skarbcem cesarstwa, że nie istniała możliwość zorganizowania odwetu. Wojowniczemu Ottonowi II już wcześniej zdarzały się przegrane, ale nigdy żadnej nie puścił płazem. Na przykład gdy nie udało mu się w toku dwóch wypraw (lata 975 i 976) pokonać zbuntowanych przeciw jego władzy Czechów, uderzył na nich jeszcze raz (977 rok) z tak dużymi siłami, że wreszcie zwyciężył. Tymczasem po porażce roku 979 nawet nie myślał o zbrojnym odwecie.

Kronika z Cambrai czerpała wiadomości niemalże z pierwszej ręki, bo od posłów obecnych na dworze Ottona II. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, historycy od dawna uznawali przekaz „Dziejów” za wiarygodny. Mówiła ona, że celem ataku było państwo polańskie.

Zgodnie z tą koncepcją wyprawa 979 roku miała być ostatnim akordem walki o tron niemiecki pomiędzy Ottonem II a jego krewniakiem Henrykiem Kłótnikiem. Za Henrykiem opowiedziały się między innymi Bawaria, Czechy i kraj Polan. Bawarię i Czechy cesarz poskromił do roku 977, pokonał też samego Kłótnika. Pozostało tylko państwo gnieźnieńskie, które wciąż nie chciało się podporządkować woli Ottona, mimo że przecież sam Henryk Kłótnik nie liczył się już w walce o koronę – prawdopodobnie więc wchodziły w grę jeszcze inne kwestie różniące władców polańskiego i niemieckiego. W tej sytuacji Otton zebrał armię i ruszył na wschód. Jak przypuszcza wielu polskich badaczy, główna siła uderzenia wojsk cesarskich poszła najpierw na ziemie sprzymierzonych z Piastem Stodoran, a potem na obszary polańskie. Jak daleko dotarł najeźdźca, nie wiadomo, ale niektórzy naukowcy przypuszczają, że podszedł pod główne grody Mieszka, czyli Poznań i Gniezno. Nie ma na to dowodów bezpośrednich (przytaczane niegdyś argumenty archeologiczne,

dotyczące „wojennej” rozbudowy umocnień Poznania, okazały się naciągane), nie można jednak zbić hipotezy, że Niemcy wtargnęli aż do centrum Wielkopolski. Pewne jest tylko jedno – armia cesarska została rozbita i wycofała się, a sam Otton musiał uznać przegraną i zrezygnować z odwetu.
Poprzez małżeństwo polański władca wszedł do grona arystokracji cesarstwa, choć zarazem sam nie stał się poddanym Ottona, co dawało mu przewagę pozycji społecznej nawet nad najpotężniejszymi niemieckimi książętami i margrabiami. Sukces polityczny i prestiżowy był pełen, a rola Mieszka na arenie międzypaństwowej niepomiernie wzrosła. W drugiej połowie lat 80., za czasów regencji Teofano, wdowy po Ottonie II (który umarł w roku 983), piastowski książę stał się personą mile widzianą na dworze niemieckim. Później, za rządów Ottona III (panował samodzielnie 994-1002), z taką samą atencją traktowano tam Bolesława Chrobrego. W tym kilkunastoletnim okresie dwór niemiecki wręcz szukał u pierwszych dwóch historycznych Piastów pomocy politycznej oraz wsparcia militarnego w niektórych swoich działaniach. Mieszko stał się tak potężny, że w drugiej połowie lat 80. odebrał Czechom ziemie dzisiejszej południowej Polski, a zarazem pozbawił ich przodującej pozycji pośród państw zachodniosłowiańskich.
Adam Andrzejewski
Źródło WP

To był ostatni Żołnierz Wyklęty. Ukrywał się aż do… 1982 roku


Ukrywał się do końca życia, a miejsce jego pochówku do tej pory pozostawało nieznane. W końcu odnaleziono szczątki prawdopodobnie ostatniego ,,żołnierza wyklętego” Antoniego Dołęgi ps. Znicz. Natrafiono na nie w miejscowości Popławy-Rogale w Lubelskiem. Wszystko wskazuje, że są to szczątki „Znicza”, szczątki wydobyli pracownicy Biura Poszukiwań i Identyfikacji. 

Miejsce pochówki wskazał Marek Artowicz, mieszkaniec miejscowości Popławy-Rogale. To na terenie posesji jego rodziny ukrywał się Dołęga. Antoni na koniec ukrywał się u nas w gospodarstwie, u nas umarł i tu go mój ojciec pochował. To było w stanie wojennym, nie pamiętam dokładnie kiedy. Ojciec go pochował po kryjomu, komuna wtedy była, baliśmy się – opowiadał Artowicz, któremu ojciec na łożu śmierci przekazał, by nikomu nie wyjawiał miejsca pochówki Dołęgi. Syn nie wypełnił woli ojca, bo jak przyznał, nie chciał, by los „ostatniego wyklętego” na zawsze pozostał nieznany.

Dołęga zmarł najprawdopodobniej w 1982 roku. Z relacji tych, którzy pamiętają, jak ukrywał się w ich domach, wynika, że Znicz do końca pozostał wierny przysiędze, poświęcając zdrowie, rodzinę i ostatecznie też życie.
Poszukiwania miejsca pochówku Dołęgi od kilku lat prowadził wnuk siostry żołnierza Ronald Werelich. Jego prywatne śledztwo wśród mieszkańców okolic Łukowa przyniosło skutek. Wcześniej nie udało się to jego ojcu.

Mój ojciec, dwudziestoparoletni młodzieniec w latach 70. wyjeżdżał do Łukowa, kontaktował się z ludźmi, którzy byli sąsiadami Antoniego, próbował ustalić jego miejsce pochówku. Te poszukiwania okazały się bezskuteczne. Nie znajdywał wielu chętnych do rozmowy, albo trafiał na ludzi, którzy o Antonim nie wiedzieli. Z tego, co wiemy dzisiaj, Antoni wtedy jeszcze żył. Często z tatą zastanawiamy się. czy wiedział o tym, że rodzina go szuka i możemy domyślać się, że wiedział o tym doskonale. Kilka lat temu ja postanowiłem kontynuować to, co zaczął mój tata. Za pośrednictwem portalu społecznościowego poznałem ludzi, u których wuj Antoni się ukrywał, m.in. Tadeusza Brzozowskiego, Jerzego Płudowskiego, czy Dariusza Wysokińskiego, u którego dziadek pozostawił testament, a w nim informacje na temat swojego dowódcy partyzanckiego z lasu, mojego wuja. Za ich pośrednictwem dotarłem do kolejnych rodzin, a było ich wiele, które ukrywały wuja przez kilkadziesiąt lat i udało się ustalić miejsce pochówku Antoniego Dołęgi – wspomina Werelich.

Dołęga po zakończeniu II wojny światowej trafił do oddziału zbrojnego por. Józefa Matusza ps. Lont. W 1951 roku przejął dowództwo. W 1955 roku jego oddział się rozpadł, ale Dołęga się nie ujawnił. Pozostał w ukryciu aż do śmierci.

Adam Andrzejewski
Źródło: Niezależna , IPN 

„Sęp”. Kim był likwidator Armii Krajowej?

Zabijał na rozkaz. To nie wyglądało jak na filmach, nikt nie odczytywał wyroku: „W imieniu Rzeczypospolitej”. Cała sztuka polegała na tym, by zabić i zdążyć się ewakuować – mówił Lucjan „Sęp” Wiśniewski, zmarły niedawno legendarny żołnierz kontrwywiadu i oddziałów likwidacyjnych.
Kryptonim oddziału brzmiał 993/W. 99 – oznaczało kontrwywiad, 3 – trzeci referat. Kluczowa była litera W, wyróżniała tych, którzy wykonywali wyroki. Strzelali tak, żeby zabić. Wbrew pozorom nie każdy żołnierz to potrafi.

Lucjan w chwili wybuchu wojny miał 13 lat. Mieszkał w Chomiczówce, kiedyś była to podwarszawska miejscowość, dziś dzielnica stolicy. Tam Niemcy w pierwszych dniach wojny rozstrzelali ponad stu Polaków. Był przekonany, że tak będzie wyglądać okupacja.
– My się tak bardzo nie baliśmy, bo mieliśmy głębokie przekonanie, że nie przeżyjemy wojny – powiedział kiedyś.Najpierw zorganizowali się sami, sześciu chłopaków z osiedla. Potem jeden z nich nawiązał kontakt z Tadeuszem Towarnickim „De Vranem”. On ich zaprzysiągł i zabrał w lasy Rozwadowskie, gdzie przez kilka tygodni robili partyzantkę. Lucjan potem podejrzewał, że był to rodzaj kwalifikacji do przyszłych zadań.

W październiku ’42 roku Lucjan i czterech jego kolegów weszło do 993/W noszącego jeszcze wtedy kryptonim „Wapiennik”. Stworzyli patrol nazywany potocznie „Ptaszkami” – „Sęp”, Ryszard Duplicki „Gil”, Zygmunt Szadokierski „Puchacz” i Stanisław Salach „Kobuz”. Był jeszcze Jerzy Pajdziński „Jur I”. Lucjan był najmłodszy, w chwili wykonywania pierwszego wyroku miał 17 lat. Jak potem mówili jego koledzy, był także najlepszy w tym, co robili. Trenowali na odludziu. W piwnicach, korytarzach. Dowódca lojalnie ich uprzedził: – Pamiętajcie, będziecie strzelać także do Polaków, do mężczyzn – zawiesił głos. – I do kobiet, które na to zasłużyły. „Sęp” i jeden z jego kolegów nie mogli się z tym do końca pogodzić. Lucjana wychowywała bardzo religijna matka, był ministrantem. Ksiądz, o czym nie wiedzieli, kapelan AK, powiedział im, że przecież nie można „tak samym kadzidłem na tę zarazę”. Trzeba strzelać. Jak zasłużą, trzeba.
Głównym zadaniem 933/W była likwidacja zagrożeń wokół Komendy Głównej AK. Dwie najważniejsze akcje to likwidacja człowieka, który doprowadził do aresztowania i śmierci gen. Roweckiego „Grota”. Zlikwidowani zostali też członkowie Nadwywiadu Rządu Londyńskiego, który został zorganizowany jako gestapowska prowokacja. Jedną z większych była też akcja wymierzona w kolaborujący z Niemcami „Komitet Ukraiński”. Wyrok wydano na jego szefa, którym był Mychajło Pohotowko.
– Ale gdy tylko weszliśmy, oni wyciągnęli broń i zaczęli strzelać. Położyliśmy ich łącznie szesnastu, a sami mieliśmy tylko jednego rannego – opowiadał „Sęp”. Brał udział w sześćdziesięciu egzekucjach. Choć nie zawsze strzelał. Wykonawcę wskazywał już podczas akcji dowódca patrolu. Ofiarę namierzały dziewczyny pracujące w kontrwywiadzie. Często było tak, że nie można było dostarczyć zdjęcia i „Mira” lub „Wiera” szły z nimi na akcje i palcem pokazywały: – To ten!

„Sęp” opowiadał, że zdarzyło mu się gonić po ulicy za wskazanym człowiekiem i, pomyliwszy twarze, o mały włos nie zastrzelił niewinnego. Szczęśliwie dziewczyna odpowiedzialna za identyfikację krzyknęła ostrzegawczo. Innym razem weszli do domu, gdzie były dzieci. Dowódca patrolu zabrał ojca, konfidenta gestapo do piwnicy, by tam z nim skończyć. Lucjan siedział i „zabawiał” rozmową żonę. Gdy po wykonaniu wyroku poinformowali kobietę, ta zaczęła płakać: – Za co ja go pochowam, za co dzieci wyżywię. „Sęp” w odruchu litości oddał jej pieniądze ze swojego i kolegów żołdu, które akurat miał przy sobie. Dostał za to naganę, ale żołd wypłacono mu powtórnie.
Gdy wybuchło Powstanie “Sęp” walczył w szeregach Zgrupowania “Radosław”, w batalionie “Pięść” pierwszej kompanii “Zemsta”. Oddział Wiśniewskiego walczył na Woli i Starym Mieście. We wrześniu 1944 roku “Sęp”’ został dołączony do kompanii ‚Zemsta II” Grupy Kampinos.
-Nie wiedziałem, do kogo strzelam, był wyrok, wierzyłem, że słuszny, i tyle. Występowałem w imieniu Państwa Polskiego. To była praca. Skuteczna, konsekwentna i robiąca, wiem o tym, wrażenie na naszych wrogach. Wiedzieli, że jesteśmy, że mamy odbezpieczoną broń, że dyszymy żądzą zemsty. I mogę to powiedzieć nie tylko w swoim imieniu, ale także nieżyjących już koleżanek i kolegów: mieliśmy z tego wielką satysfakcję – mówił „Sęp” w jednym z ostatnich wywiadów przed śmiercią.

Adam Andrzejewski

źródło:WP, Wprost, Gość

Mjr. Witold Urbanowicz Jedyny polski żołnierz II wojny światowej walczący zJapończykami

Jest pan najmniejszą armią, jaka kiedykolwiek istniała. O ile wiem, jest pan jedynym Polakiem, który czynnie wydał wojnę Japonii. Chciałem więc zobaczyć pana przed pańskim odlotem i życzyć good luck” – powiedział do pilota Witolda Urbanowicza dowódca amerykańskiego lotnictwa gen. Henry Arnold. Jak to się stało, że bohater bitwy o Anglię został jednoosobowym polskim korpusem ekspedycyjnym na Dalekim Wschodzie? Towarzyszył generałowi Sikorskiemu podczas spotkania z prezydentem Rooseveltem oraz poznawał tajniki organizacji i wyposażenia amerykańskich sił powietrznych. Powziął wówczas dwie ważkie decyzje: ożenił się, a potem wyjechał jako ochotnik do Chin, walczyć z Japończykami.
Major Witold Urbanowicz w drugiej połowie 1942 r. został attaché lotniczym w Waszyngtonie. Spotykał się tam oficjalnie i nieoficjalnie z czołowymi przedstawicielami amerykańskiego establishmentu politycznego i wojskowego. Urbanowicz skorzystał z zaproszenia, które wystosował do niego gen. Claire Chennault. Dowódca 14 Armii Powietrznej, operującej w rejonie Chińskim. Chennault, utalentowany i charyzmatyczny oficer, był twórcą ochotniczej, amerykańskiej jednostki myśliwskiej walczącej u boku chińskiego przywódcy Czang Kaj-szeka przeciwko japońskiemu imperium. Jego piloci w krótkim czasie zasłynęli zarówno z pijackich wybryków i braku dyscypliny, jak też znakomitej skuteczności.
Major Urbanowicz ani razu nie został trafiony, uratował natomiast życie swojemu amerykańskiemu koledze mjr. Richardsonowi, któremu zestrzelił „z ogona” dwa japońskie mitsubishi zero. List z podziękowaniem za ten wyczyn przysłał mu sam gen. Arnold. W sumie od października do końca grudnia 1943 r. Witold Urbanowicz zniszczył 11 samolotów wroga, za co został udekorowany amerykańskim Air Medal oraz chińskim Krzyżem Lotniczym. Po trzech miesiącach walk z Japończykami wrócił do Wielkiej Brytanii, skąd znów jako attaché lotniczy trafił do polskiej ambasady w Waszyngtonie, gdzie przebywał do końca wojny. 
W lipcu 1945 r. już w stopniu pułkownika przyjechał przez okupowane Niemcy do Polski. Natychmiast został aresztowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Zwolniony dzięki amerykańskim interwencjom z najwyższego szczebla, wrócił do USA i osiadł z rodziną w Nowym Jorku, gdzie pracował przez wiele lat jako pilot, kontroler i konsultant w liniach lotniczych. Nie był to jednak koniec prowadzonej przez niego wojny. Dopiero 8 lutego 1957 r. w Nowym Jorku spotkali się ówczesny minister spraw zagranicznych PRL Józef Winiewicz i japoński ambasador przy ONZ Toshikazu Kase, by podpisać układ o przywróceniu normalnych stosunków między Polską i Japonią. Dokument zakończył trwający od 16 lat stan wojny między oboma krajami: jednej z najdłuższych, a jednocześnie najmniej krwawej i do tego prowadzonej jednostronnie przez Polskę. Jedyny żołnierz tej wojny, pilot Witold Urbanowicz, awansowany pod koniec życia do stopnia generała Wojska Polskiego, zmarł w wieku 88 lat w szpitalu dla amerykańskich weteranów wojennych na Manhattanie w 1996 r. 

Adam Andrzejewski

Źródło : Wprost , Ciekawostkihistoryczne 

Potyczka o której prawie nikt nie pamięta

27 maja 1947 roku w pociągu z Poznania do Leszna krawiec Feliks Lis zobaczył kobietę w towarzystwie pijanych żołnierzy radzieckich, była to Zofia Rojuk. Po cichu błagała go o pomoc. Powiedziała, że jest Polką, że mąż sprzedał ją Rosjanom za butelkę wódki. Mówiła, że odebrano jej dziecko, a żołnierze wiozą ją do swojej jednostki. Starania o uwolnienie kobiety podjęli najpierw kolejarze, potem milicjant, a w końcu żołnierze. Skończyło się potyczką na dworcu w Lesznie, w której zginęli trzej czerwonoarmiści. W odwecie trzech polskich żołnierzy skazano na śmierć, zapadło też kilka wysokich wyroków więzienia. 
W garnizonie dyżur pełnił wówczas 22-letni podporucznik Jerzy Przerwa. Mimo młodego wieku, aż sześciokrotnie był odznaczany, z tego raz za udział w zdobyciu Berlina. Podporucznik Przerwa zdecydował o wyjściu z garnizonu szesnastoosobowego oddziału. Po drodze na dworzec rozkazał żołnierzom załadowanie broni. Nakazał także, by jego podwładni obstawili halę dworca. Jerzy Przerwa rozpoczął rozmowy z dowódcą oddziału rosyjskiego, kapitanem Sokołowem. We dwójkę udali się do wartowni SOK, gdzie kontynuowali negocjacje. Podporucznik rozkazał jednak, by polscy żołnierze nikogo nie wypuszczali z budynku. Niestety doszło do przepychanek gdy pijani czerwonoarmiści chcieli wyjść na świeże powietrze. Wówczas użyta została broń palna. Według relacji świadków i polskich żołnierzy, jako pierwsi broni użyli Rosjanie. Byli jednak tak pijani, że nie potrafili trafić Polaków. Żołnierze garnizonu leszczyńskiego odpowiedzieli ogniem. Śmierć poniosło dwóch oficerów, jeden szeregowiec, rannych zostało pięciu żołnierzy Armii Czerwonej. Wkrótce doszło do aresztowań – uwięziono pułkownika Przerwę, 16 żołnierzy garnizonu leszczyńskiego, kolejarzy pociągu nr 728, a także milicjanta Zygmunta Handke i Feliksa Lisa.

Początkowo śledztwo prowadzone było przez leszczyński Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Dochodzenie wykazało, że doszło do wymiany ognia pomiędzy Rosjanami, a Polakami. Wkrótce śledztwo przejęła poznańska prokuratura, której przewodził Rosjanin, Wilhelm Świątkowski. Rozprawa odbyła się 7 czerwca 1947 roku w koszarach 86 Pułku Artylerii Przeciwlotniczej w Lesznie. Przewodniczył jej podpułkownik Franciszek Szeliński, sędzia Wojskowego Sądu Okręgowego w Poznaniu, oskarżycielem zaś był major Maksymilian Lityński. Proces zakończył się tego samego dnia – było to jedynie pokazowe widowisko, nie zeznawali m.in. świadkowie, a także Zofia Rojuk. Sąd uznał, że to polscy żołnierze jako pierwsi otworzyli ogień, a ich celem byli sojusznicy z Armii Czerwonej. Wydano cztery wyroki śmierci – skazani na śmierć przez rozstrzelanie zostali podporucznik Jerzy Przerwa, a także trzech żołnierzy z jego oddziału: kanonier Władysław Łabuza, kapral Wiesław Warwasiński i kanonier Stanisław Stachura.
Ciekawostką jest to, że ekspertyza broni żołnierzy wykazała, że z broni Warwasińskiego i Stachury w ogóle nie zostały oddane żadne strzały. Oprócz żołnierzy skazano także innych uczestników wydarzeń z maja 1947: kanoniera Tadeusza Nowickiego i milicjanta Zygmunta Handke skazano na 10 lat więzienia, Feliksa Lisa na 12 lat pozbawienia wolności, w odrębnym procesie na kary więzienia skazano także pracowników kolei. Próbowano zmienić wyroki śmierci żołnierzy – na akt łaski zdecydował się prezydent Bolesław Bierut, zastosował go jedynie w stosunku do Stanisława Stachury, Tadeusza Nowickiego zwolniono z odbywania kary. 11 czerwca wyroki się uprawomocniły, 15 czerwca zaś zostały one wykonane.
Dotąd nie było wiadomo kim była Zofia Rojuk. Jeden z Rosjan twierdził, że był ona jego żoną, inny, że aresztowano ją za współpracę z Niemcami, a oficjalna propaganda głosiła, że była ona obywatelką Związku Radzieckiego, która okłamała Polaków i doprowadziła do tragedii.

W czasie wojny Rojuk wywieziono na prace przymusowe do Niemiec. Tam po wyzwoleniu wyszła za mąż za Polaka. Przyjechała z nim do Polski, w 1946 roku urodziła im się córka, Władysława. Zofia mieszkała z mężem do maja 1947 roku. Miała 21 lat kiedy doszło do potyczki w Lesznie. Po latach Rojuk odnalazła córkę dzięki pomocy Czerwonego Krzyża. 
– To było na początku lat 60. Miałam wtedy kilkanaście lat. Dostałam list z Ukrainy, który zmienił moje życie. Dowiedziałam się nagle, że moją prawdziwą matką jest Zofia Rojuk, o której wcześniej nic nie wiedziałam. To było nie do uwierzenia, przeżyłam wstrząs – opowiada pani Władysława. 
Dlaczego matka z nią się rozstała? Dlaczego nie szukała jej wcześniej? Tego nie wyjaśniła podczas kilkuletniej korespondencji z córką, gdyż taki list zapewne zatrzymałaby cenzura. Powiedziała o tym w 1968 roku, kiedy pierwszy raz pani Władysława odwiedziła swoją matkę. 
– Pojechałam do niej z moją córeczką. Podróż była męcząca, trwała aż dwa dni. Ale byłam szczęśliwa – wspomina kobieta. Była u matki dwa miesiące. Wtedy dopiero dowiedziała się, że wywieziono ją w 1947 roku z Polski, postawiono przed sądem i karnie wysłano na wiele lat na Syberię. 
– Płakała, gdy opowiadała co tam przeżyła. Ciągle głodowała, ciężko chorowała. Mówiła, że zesłano ją na Sybir z powodu jakiejś strzelaniny, w której zginęli żołnierze. Powiedziała mi, że została wydana Rosjanom przez mojego ojca, i że jak po nią przyszli, to chciała mnie ze sobą zabrać, ale na to nie pozwolili. Nie podawała żadnych szczegółów. Ja też nie wypytywałam. Było dla mnie bardzo przykre, że z tym miał związek mój ojciec. Zresztą dla mnie było najważniejsze wtedy tylko to, że jestem z mamą, że ona mnie odnalazła – wyjaśnia pani Władysława. Kobieta chciała wrócić do swojej córki, dlatego błagała w pociągu o pomocPo zwolnieniu z zesłania Zofia Rojuk zamieszkała w mieście Tetijew w obwodzie kijowskim. Przed trzema wiekami nazywało się ono Tetyjów i było częścią Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W Tetijewie mieszkała matka Zofii, która była… Polką. Rojuk wyszła za mąż. Pracowała w herbaciarni, a potem (od lat 60.) była bileterką w kinie. 
Odnalezienie córki były wielkim wydarzeniem w Tetijewie. Odnotowała je nawet radziecka prasa. W „Prawdzie” opublikowano zdjęcie matki i córki. Oczywiście w artykule nie podano prawdziwej historii ich rozłąki. Pani Władysława odwiedzała matkę kilkukrotnie, ale ona sama nigdy nie przyjechała do Polski. W czasach istnienia Związku Radzieckiego nie mogła otrzymać paszportu. Była traktowana przez władze komunistyczne jako wróg systemu. Później na wyjazd nie pozwolił jej stan zdrowia. Zmarła w 2000 roku. Cztery lata przed pierwszymi publikacjami przywracającymi pamięć o potyczce polskich żołnierzy w Lesznie. 

Do dzisiaj żyje mąż Zofii, który ją wydał w 1947 roku. Dlaczego to zrobił? Czy faktycznie dostał za nią butelkę wódki? To pozostanie zagadką. Mężczyzna ma 90 lat, jest chory. Jego żona twierdzi, że nie można z nim rozmawiać, ponoć nie pamięta już co się wtedy wydarzyło.

Adam Andrzejewski

Trup zwany Anglią

Patrząc na ten kraj po ostatnich zamachach terrorystycznych, przychodzi na myśl obraz francuskiej armii z rękoma podniesionymi do góry przed Germańskim najeźdźcą , tyle ze Niemców zastąpili tutaj bojownicy Allaha, a tchórzliwych francuzów obywatele Wielkiej Brytanii.Mieszkańcy wysp żyją w ciągłym strachu i widać to na organizowanych chociażby w Londynie imprezach masowych, gdzie mimo wykupionych biletów niemała liczba nie pojawia się na owych imprezach .

Multikulturalizm tak się tutaj zadomowił ze trudno namówić jakiegokolwiek mieszkańca na rozmowę na temat islamu, a jeśli jeszcze ta rozmowa miała by przejść na krytykę wyznawców religii Mahometa prawie każdy Angol jak najszybciej próbuje uciec od tej konwersacji .

Jedyną bronią jaką widzą Anglicy do walki z islamem jest malowanie kredą po chodnikach ( na styl francuski ) jak i tatuowanie sobie pszczółek na skórze. 

Już w dziewięciu miastach Wielkiej Brytanii burmistrzem jest przedstawiciel islamu , 

na terenie UK znajduje się już ponad 3000 meczetów, 

78% muzułmańskich kobiet nie pracuje (żyje z zasiłków ),

63% muzułmańskich mężczyzn nie pracuje (żyje z zasiłków ),

obecna populacja wyznawców Allaha wynosi 4 miliony mieszkańców lecz ta liczba powiększa się w katastroficznym stopniu dzięki wielodzietności rodzin muzułmańskich ( przeciętna angielska rodzina posiada 2 dzieci gdzie rodzina islamska 6-8 potomstwa )

Te liczby są przerażajace i na pierwszy rzut oka widać ze islamizacja kraju Króla Artura postępuje w zastraszającym tempie . 

Angielski rząd nie dostrzega lub nie chce dostrzec ze jest w stanie wojny z wyznawcami arabskiego Boga i swoją uległością w stosunku do tej religii stawia swój kraj i obywateli na przegranej z góry pozycji, gdyż któregoś dnia mogą się obudzić i dowiedzieć się że mieszkają w kraju Wielki Kalifat Brytyjski