Rozbicie więzienia w Wyrzysku.

Do rozbicia więzienia w Wyrzysku doszło 24 maja 1946 roku.
Powód był prozaiczny. Pomysłodawcą i współorganizatorem akcji był milicjant Stanisław Bienias szwagier uwięzionego Stanisława Musiała. Bienias współdziałał jeszcze z innym milicjantem, który zapragnął poślubić piękną Janinę córkę Pana Musiała. Przyszły teść postawił jednak warunek: odda rękę córki za obietnicę uwolnienia z więzienia swojego syna Stanisława Musiała członka grupy kpt. Leona Mellera „Jędrusia”, który został uwięziony w Wyrzysku odsiadując wyrok 6 lat pozbawienia wolności za nielegalne posiadanie broni.

Honorowy milicjant przejęty złożoną obietnicą kilkakrotnie nawiązał kontakt z więźniem, szczegółowo wprowadzając go w swoje plany. Do akcji wciągnął swojego kolegę Mariana Myszkę, dezertera z MO, aktualnie członka oddziału Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem kpt. Juliana Bauca „Huragana”. Por. M. Myszka „Łoś” razem ze swoim bratem Feliksem przystąpili do realizacji planu akcji rozbicia wyrzyskiego więzienia. Przebywało w nim wówczas ponad 40 osób, w tym dawni przedstawiciele AK i ludzie z obecnego podziemia (NSZ i „WiN”). Ten fakt z pewnością rzutował na wydanie odpowiednich rozkazów przez „Huragana” otwierających drogę do przeprowadzenia operacji. Do akcji zaangażowani zostali również Jan Krywoszej „Czarny”, Józef Ożdżyński, Józef Nowakowski, oraz według części źródeł, prawdopodobnie także Leon Meller „Jędruś”.
Nocą, 24 maja 1946 r. partyzanci podstępem doprowadzili do wyjazdu z miasta sił UB i MO. Interweniowały one w Górowatkach, gdzie sfingowano akcję podziemia. Ten manewr pozwolił na bezpieczne przeprowadzenie zaplanowanego rozbicia więzienia. Akcją dowodzili kpt. Bauc i por. Myszka. Najpierw przy bramie znalazł się „Czarny”, który pod pretekstem konwojowania w patrolu UB zatrzymanego „bandyty”, upomniał się o wejście. Nie znał jednak hasła, więc wartownik pozostał obojętny na jego żądanie. Dzwoniący bez przerwy dzwonek poirytował strażnika na tyle mocno, że wyszedł sprawdzić, co się dzieje przy furcie.
Ten moment okazał się decydujący: natychmiast go obezwładniono i ludzie „Huragana” znaleźli się na terenie więzienia. Od tej chwili akcja potoczyła się błyskawicznie: bez jednego wystrzału uwolniono ponad czterdziestu więźniów i szybko opuszczono placówkę. Większość uwolnionych skutecznie się ukryła, kilku z nich dołączyło do oddziału kpt. Bauca. Należy jednak zaznaczyć, iż duża część wróciła do aresztu już następnego dnia, obawiając się zapewne konsekwencji ponownego zatrzymania (około dwadzieścia osób).
Kpt. Bauc nie cieszył się niestety długo z brawurowo przeprowadzonej operacji rozbicia wyrzyskiego więzienia. Zginął w czasie obławy przeprowadzonej przez siły MO w dniu 2 lipca 1946 r. w miejscowości Kościerzyn Wielki. Śmierć poniósł wówczas także J. Krywoszej, którego zamordowano w akcie zemsty za wcześniejsze zlikwidowanie funkcjonariusza UB. W akcie zgonu zapisano, że „Czarny” chcąc uniknąć aresztowania „strzelił sobie trzykrotnie w serce z pistoletu”. W obławie został ujęty Józef Nowakowski. Skazany już w październiku 1946 r. przez WSR w Bydgoszczy na trzykrotną karę śmierci, został stracony w więzieniu Wałach Jagiellońskich.
Po śmierci kpt. Bauca „Huragana”, dowództwo nad kilkunastoosobowym oddziałem przejął por. M. Myszka „Łoś”. Żołnierze por. „Łosia” operowali w powiatach Wyrzysk, Złotów i Sępólno. Likwidowali znienawidzonych UB-eków, rozbrajali posterunki MO, karali fizycznie nadgorliwych komunistów z PPR, przeprowadzali akcje ekspropriacyjne. Pomimo podejmowanych przez komunistów wielu starań, sam dowódca pozostawał nieuchwytny aż do śmierci. Nadeszła ona przedwcześnie, ale tym razem jej sprawcami nie byli komunistyczny wrogowie niepodległości Polski. Marian Myszka zginął 28 czerwca 1952 r. w wypadku samochodowym. Doszło do niego w miejscowości Bogatynia (pow. zgorzelecki). Nosił wówczas inne nazwisko: Wiktor Kowalski i pracował jako komendant Straży Pożarnej. Jechał na akcję gaszenia pożaru. Miał dwoje dzieci, cieszył się społecznym szacunkiem. Został pochowany na cmentarzu w Przasnyszu niedaleko Warszawy.
Źródło IPN
Opracował Józef Żernicki

Co dalej z ciałem podpułkownika Karola Rzepeckiego (pradziadka „INKI”) znalezionym w Turcji?

22 maja br. Rosjanie zidentyfikowali ciało pradziadka Danuty Siedzikówny „Inki”, bohaterki polskiego podziemia niepodległościowego. Informujemy o oczekiwaniach rodziny podpułkownika Karola Rzepeckiego.

W dzisiejszym (23 maja 2017) wydaniu „Gazeta.ru” nie ma informacji o trumnie i planach Rosjan wobec ciała podpułkownika. Może to świadczyć, że nie są oni dalej zainteresowani tą sprawą. Nie wiemy, jakie mają dalsze plany wobec niego.

Przedstawiciele najbliższej rodziny wyrażają nadzieję, że trumna zostanie przewieziona do Polski. Wydaje się, że najlepszym miejscem pochówku byłby cmentarz katolicki w Grajewie, gdzie od 1968 roku spoczywa Helena Tymińska, córka podpułkownika, a jednocześnie babcia „Inki”. Rodzina nie ma jednak funduszy, żeby sprowadzić ciało do Polski i liczy na pomoc państwa.

Rosyjskie informacje na temat podpułkownika Rzepeckiego są nieprecyzyjne. Żona podpułkownika w chwili jego śmierci miała 29 lat, pochodziła ze szlachty grodzieńskiej. W jej rodzinie były osoby represjonowane przez Rosjan za udział w Powstaniu Styczniowym. Była spokrewniona z Piotrem Orzeszko, mężem Elizy Orzeszkowej. Podpułkownik Rzepecki miał brata Michała, który był także wysokiej rangi oficerem w Armii Imperium Rosyjskiego. Ich ojciec Karol utracił majątek na Wołyniu w ramach rosyjskich represji za udział w Powstaniu Styczniowym.

Najważniejszym pytaniem na dziś pozostaje, jakie będą losy trumny znalezionej przez Rosjan w Turcji? Najwłaściwszym miejscem pochówku podpułkownika Rzepeckiego byłaby Polska, skoro był Polakiem z pochodzenia, z Polską związał swój los i do dzisiaj żyją tutaj jego krewni.

Żona podpułkownika Rzepeckiego przeżyła męża o 43 lata. Zmarła w Grodnie w 1937 roku. W chwili śmierci męża (w wieku 47 lat) pozostawała w trudnej sytuacji materialnej. Z pamiętnika jego córki Heleny wynika, że ostatnie słowa podpułkownika brzmiały: „Będę Was wspierał stamtąd, dokąd pójdę”. Symbolicznym pozostaje również fakt, że Rosjanie ogłosili identyfikację ciała podpułkownika w dniu imienin jego żony i córki.
Źródło IPN

Ryszard Siwieć – Historia pewnego antykomunisty. 

Ryszard Siwiec przyszedł na świat 7 marca 1909 roku w Dębicy. Po śmierci ojca wraz z matką zamieszkał we Lwowie, gdzie ukończył szkołę średnią oraz studia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. Następnie rozpoczął pracę w Urzędzie Skarbowym – wpierw we Lwowie, a następnie w Przemyślu, w którym zamieszkał na stałe. Podczas okupacji niemieckiej pracował jako robotnik, a następnie jako kierownik punktu skupu owoców i warzyw. Był też zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej.
Po zakończeniu wojny nie przyjął propozycji pracy w szkole, ponieważ uznał, że „nie będzie uczył bzdur”. Wraz z Janem Wojnarowiczem założył wytwórnię win i miodów, w której (mimo nacjonalizacji) pracował do końca swoich dni. W 1945 roku ożenił się z Marią, z którą doczekał się pięciorga dzieci (Innocenty, Elżbiety, Wita, Adama i Mariusza). W pamięci rodziny i przyjaciół pozostał jako człowiek dobry i religijny, przywiązany do podstawowych wartości, miłośnik historii i bibliofil.
Siwiec nigdy nie pogodził się z narzuconym Polsce ustrojem komunistycznym. Powojenną rzeczywistość kontestował w rozmowach ze znajomymi, do działania skłoniły go wydarzenia Marca ’68. Redagował wówczas ulotki podpisane „Jan Polak”, które przy pomocy córki wysyłał do nieznanych nam dzisiaj adresatów. Kolejnym i decydującym wstrząsem stała się interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. W ciągu kilkunastu kolejnych dni Siwiec opracował i wykonał precyzyjny plan protestu – notatki z przygotowań rodzina odnalazła po jego śmierci.
Wieczorem w przeddzień dożynek Siwiec pożegnał się z rodziną i pociągiem udał się do Warszawy. Dojeżdżając do stolicy, napisał list do żony. Przejęła go SB i Maria Siwiec dopiero po upadku komunizmu mogła przeczytać skierowane do niej słowa: „Kochana Marysiu! Nie płacz! Szkoda sił, a będą ci potrzebne, jestem pewny, że po to dla tej chwili żyłem 60 lat, wybacz nie można było inaczej, po to żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność, ginę. A to mniejsze zło – jak śmierć milionów, nie przyjeżdżaj do Warszawy, mnie już nikt, nic nie pomoże, dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu i dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję taki spokój wewnętrzny – jak nigdy w życiu! […]”.

Na stadionie zajął miejsce w sektorze 13 (miał kartę wstępu do sektora 37) – tak aby być naprzeciw trybuny honorowej. Gdy rozpoczęły się tańce grup folklorystycznych, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił. Płonąc, wznosił okrzyki „Protestuję”, odpychał gaszących go ludzi. Gdy spaliło się na nim całe ubranie, w dalszym ciągu apelował do otaczających go świadków; funkcjonariusz SB zanotował następujące słowa „Niech żyje Wolna Polska”, „To jest okrzyk konającego wolnego człowieka”, „Nie ratujcie mnie, zobaczcie, co mam w teczce”. To ostatnie wezwanie związane było z tym, że Siwiec nie rozrzucił przygotowanych ulotek, być może obawiając się przedwczesnego zatrzymania. Samochodem Służby Bezpieczeństwa został zawieziony do szpitala.
Poparzony w ponad 80 proc. Siwiec do ostatnich chwil podlegał inwigilacji, nagrywano wszystkie jego wypowiedzi. Funkcjonariusze przemyskiej SB dokonali rewizji w domu, a w Warszawie wszczęto śledztwo w sprawie rozpowszechniania przez Siwca ulotek „zawierających fałszywe wiadomości o sytuacji polityczno-społecznej w PRL, mogące wywołać niepokój publiczny”. Świadków przekonywano, że samospalenia dokonał człowiek niezrównoważony.
Ryszard Siwiec, który zachował przytomność i w nagranych przez SB rozmowach ponownie uzasadniał swój czyn, zmarł tuż po północy z 11 na 12 września. Mimo że świadkami wydarzenia były tysiące ludzi, do opinii publicznej nie przedostały się informacje o przyczynach protestu. Po Warszawie krążyły co prawda pogłoski o samospaleniu w czasie dożynek, nie wiedziano jednak, kto i dlaczego zdecydował się na tak desperacki krok.
Chociaż plan Siwca nie został w pełni zrealizowany, pozwala on nam na próbę wyjaśnienia zamiarów i celów bohatera tego tekstu. Nie ulega wątpliwości, że Siwiec postępował w sposób przemyślany i konsekwentny. Wydaje się, że do tak desperac­kiego kroku skłoniło go przekonanie o nieskuteczności innych form protes­tu – doświadczenie porażki studentów w Marcu ’68, brak rezultatów własnej działalności (ulotki). Celem Siwca nie był protest sam w sobie – tu zapewne mógł znaleźć bardziej efektywne formy – lecz poruszenie sumień Polaków.

Źródło Pamięć.pl

Czerwone berety – polskie Commando

Nie lubią, gdy w mediach porównuje się ich do GROM-u. Bo to przecież czerwone berety z Bolesławca zasiliły tę elitarną jednostkę, powstałą w roku 1990, a nie odwrotnie. Mało tego, to Czerwone berety stanowiły kadrę instruktorską GROM-u. Prezentujemy historię bolesławieckiej kompanii specjalnej, jednostki, która przez długi czas była tajna.
62 Kompania Specjalna została sformowana w 1967 r. Żołnierze z Bolesławca, których wyróżnikiem przez ponad ćwierćwiecze istnienia jednostki były czerwone berety, brali udział w misjach w takich krajach jak Wietnam, Egipt, Syria, Liban, Kambodża, Irak, Angola, Namibia czy Jugosławia. Jak wspominają sami komandosi: „Czyniliśmy wszystko, aby słowa »Żołnierz 62 Kompanii Specjalnej« były synonimem rzetelności, odwagi i siły”

Przed długi czas kompania ukryta była pod numerem identyfikacyjnym JW 2457. (W Wojsku Polskim były wtedy tylko trzy podobne formacje). Przez 27 lat istnienia w jej szeregach służyło ponad 500 żołnierzy zawodowych, którzy wyszkolili ponad 2,5 tys. komandosów.
Kiedy po zmianie ustroju w Polsce jednostka stała się jawna, bolesławieccy komandosi, chcąc zamanifestować swoją odrębność, podjęli wysiłki, aby oficjalnie kontynuować tradycje bojowe owianej wojenną chwałą 1 Samodzielnej Kompanii Commando (1942–44). Jak potem komentował chorąży Wyrwał: „Byli polscy komandosi, rozsiani po całym świecie, z niedowierzaniem przyjęli wiadomość, że ktoś w Polsce, że jakaś jednostka Wojska Polskiego odważyła się wystąpić z inicjatywą kontynuowania Ich tradycji bojowych. Oni wciąż pamiętali o czasie, gdy za śpiewanie »Czerwonych maków…« zamykano w więzieniach”.

Po trzech latach starań to się udało. Co ważne, to bolesławiecka kompania jako pierwsza jednostka w Wojsku Polskim przejęła tradycje jednostek walczących na zachodzie. Na uroczystość przekazania tradycji 1 Samodzielnej Kompanii Commando bolesławieckim żołnierzom, która miała miejsce we wrześniu 1993 r., do naszego miasta przyjechali ostatni żyjący na zachodzie komandosi. Przybyli z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Argentyny, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Czechosłowacji. Część z nich odwiedziła Ojczyznę po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej.
Niestety, kiedy byli żołnierze 1 Samodzielnej Kompanii Commando przekazywali tradycje czerwonym beretom z Bolesławca, w Sztabie Generalnym WP zapadła decyzja o rozwiązaniu bolesławieckiej kompanii. Niecały rok później jednostkę rozformowano.

Komandosi w każdą pierwszą sobotę września spotykają się, aby oddać hołd swoim poprzednikom i czcić pamięć o istnieniu jednostki i ludziach, którzy w niej służyli

„Żołnierz 62 KS przestaje być żołnierzem, jak wisi jego nekrolog”.

Źródło istotne.pl

Ludobójca z Virtuti Militari

Żydowski komunista z Litwy Genrikas Zimanas vel Gienrich Ziman ps. „Jurgis”, odpowiedzialny za bestialską pacyfikacje polskiej wsi Koniuchy po wojnie został uznany za bohatera, władze Polski Ludowej przyznały mu order Virtuti Militari.
Mimo że sprawa znana jest od ponad dekady – nasi decydenci jakoś nie spieszą się z wykluczeniem go z grona polskich bohaterów.Po raz kolejny doraźne interesy polityczne przeważyły, czyli polityka wygrała z prawdą i moralnością.

Została stworzona specjalna petycja skierowana do pana prezydenta Andrzeja Dudy w celu odebrania orderu Virtuti Militari zbrodniarzowi i bandycie Genrikasowi Zimanasowi , nie możemy pozwolić żeby najwyższe i najważniejsze odznaczenie wojskowe w naszej ojczyźnie zostało w rękach ludobójcy
Link do petycji :

http://citizengo.org/pl/49472-odebranie-orderu-virtuti-militari-genrikasowi-zimanasowi

Masakra w Koniuchach

120 osobowa grupa partyzantki sowieckiej w skład której wchodzili Rosjanie, Litwini i Żydzi. Przygotowanymi pochodniami partyzanci palili domy mieszkalne i gospodarcze, gęsto ostrzeliwując i wrzucając granaty do budynków Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski.
Pamięć o wymordowanej wsi trwała jedynie w środowiskach kresowych. Polskie instytucje po 1989 r. nie zajmowały się nią, bo była przecież „politycznie niepoprawna”. Po licznych publikacjach oraz apelach Kongresu Polonii Kanadyjskiej sprawy nie można już było ukrywać. Pojawiły się wstrząsające relacje także w prasie polskiej, wychodzącej na Litwie, gdzie zamieszczano relacje naocznych świadków. Opublikowano także wstępną, imienną listę 37 ofiar:

1. Bandalewicz Stanisław, 45 lat;

2. Bandalewicz Józef, 54 lata;

3. Bandalewiczowa Stefania, 48 lat;

4. Bandalewicz Mieczysław, 9 lat;

5. Bandalewicz Zygmunt, osiem lat; 6. Bobin Antoni, około 20 lat;

7. Bobinowa Wiktoria, 45 lat;

8. Bobin Józef, około 50 lat;

9. Bobin Marian, 16 lat;

10. Bobinówna Jadwiga, 10 lat;

11. Bogdan Edward, 35 lat;

12. Jankowska Stanisława;

13. Jankowski Stanisław;

14. Łaszakiewicz Józefa;

15. Łaszakiewiczówna Genowefa;

16. Łaszakiewiczówna Janina;

17. Łaszakiewiczówna Anna;

18. Marcinkiewicz Wincenty, 63 lat;

19. Marcinkiewiczowa imię nie znane(sparaliżowana, spaliła się);

20. Molis Stanisław, 30 lat;

21. Molisowa N., 30 lat;

22. Molisówna N., 1,5 roku;

23. Pilżys Kazimierz;

24. Pilżysowa N.;

25. Pilżysówna Gienia;

26. Pilżysówna Teresa;

27. Parwicka Urszula, 50 lat;

28. Parwicki Józef, lat 25;

29. Rouba Michał;

30. Tubin Iwaśka 45 lat;

31. Tubin Jan, 30 lat;

32. Tubinówna Marysia, 4 lata

; 33. Wojsznis Ignacy, 35 lat

34. Wojtkiewicz Zofia, 40 lat

35. Woronisowa Anna, 40 lat;

36. Woronis Marian, 15 lat;

37. Woronisówna Walentyna,