30 kwietnia 1940 data Śmierći Mjr. „Hubala”

 „Major Hubal nie żyje. Człowiek, który swój mundur polskiego żołnierza nałożony w 1914 r. ukochał ponad wszystko, nie zdjąwszy go ani razu, w nim został pochowany. […] Niech cały naród zda sobie sprawę, że stracił w Nim jednego z najbardziej wartościowych ludzi. Ludzi, którzy czynami, a nie słowami dowodzili swojej wartości. ”

Tymi słowami Hubalczycy zawiadamiali o śmierci swojego dowódcy. W wydanym dla ludności komunikacie  w pełnych emocji słowach oddawali majorowi hołd i przedstawiali okoliczności, w których zginął. Mowa tam między innymi o zdradzie, na skutek której oddział miał być zaskoczony przez Niemców, a Hubal zginął. Ale czy rzeczywiście tak było?  W rocznicę śmierci majora, spróbujmy odtworzyć wydarzenia sprzed 77 lat.  

W końcu kwietnia 1940 r. przy majorze jest zaledwie kilkunastu ułanów. Reszta wykruszyła się podczas ciągłego wymykania niemieckiej obławie. Warunki bytowania są ogromnie ciężkie. By nie narażać ludności na represje, Hubalczycy kwaterują w lasach. Mimo że kalendarzowa wiosna już w pełni, wśród drzew wciąż jeszcze leży śnieg. Konie na skutek forsownych przemarszów, żywione byle czym, bardzo zmizerniały. Nie lepiej jest zresztą i z ludźmi. Żołnierze żywią się skromnym pożywieniem, które przywożą ze sobą patrole.

29 kwietnia oddział biwakuje w Wólce Kuligowskiej. Tam odnajduje go granatowy policjant z Poświętnego, Jan Krukowski. Przyjeżdża ostrzec majora o zaciskającym się pierścieniu niemieckiej obławy. Wiele jednak wskazuje na to, że prawdziwym celem jego wizyty było ustalenie dokładnego miejsca pobytu ułanów. (Po wojnie Krukowski został zresztą skazany za okupacyjną współpracę z Niemcami ). Po jego odjeździe bowiem posterunek wartowniczy został ostrzelany przez nieprzyjaciela. W starciu zginął ułan Józef Kośka, ostatni ochotnik przyjęty przez majora. Sam oddział przesunął się głębiej w las, a pod osłoną nocy ruszył w kierunku południowo-zachodnim.  

We Fryszerce zaprzyjaźniony młynarz Sobczyński poinformował Hubalczyków o silnym nasyceniu terenu przez wojska nieprzyjaciela. (W akcję przeciwko majorowi Wehrmacht zaangażował pododdziały 650 i 651 pułku piechoty). Dodał również, że okrążenie sięga najprawdopodobniej do Anielina i jeśli oddziałowi uda się tam przedostać – co będzie bardzo trudne – powinien wymknąć się przeciwnikowi. Lewy brzeg Pilicy miał być wolny od niemieckich oddziałów. 

Początkowo major decyduje się na przeprawę i kieruje w kierunku rzeki. Docierają na brzeg, konie powoli zanurzają się w wodę, aż po brzuchy. Nagle Hubal zmienił zamiar i zawrócił. Prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, że w czasie przeprawy oddział będzie doskonałym celem dla przeciwnika. Hubalczycy ponownie wjeżdżają w las i zatrzymują się w zagajniku nieopodal Anielina. 

To młody, niewielki las, mogący jednak ukryć ludzi i konie. Od jakiegoś czasu nie natknęli się na żaden oddział niemiecki i być może dlatego ułanów ogarnia poczucie bezpieczeństwa.  Nawet Hubal rzuca do adiutanta, pchor. Ossowskiego „Dołęgi” – Tu nas chyba nikt nie znajdzie. Mimo to major decyduje się wystawić jeden posterunek od strony wsi Anielin, który obejmuje kpr. Lisiecki „Zemsta”. Żołnierze przywiązują konie do drzewek i śmiertelnie zmęczeni układają się spać. Na swoim kożuchu zasypia i sam Dobrzański. 

Wstaje ostatni dzień kwietnia, w lesie jest cicho, tylko ptaki śpiewają. Kapral „Zemsta”, który również usnął, budzi się nagle i widzi nad sobą Niemca. Zaskoczenie jest obustronne, tamten mówi Hände hoch!, Polak jednak jest szybszy. Wyrywa mu karabin i biegnie do „Dołęgi”: Panie adiutancie, Niemcy! Ossowski przytomnieje, biegnie do Hubala i budzi go, powtarzając kwestię Lisieckiego: Panie majorze, Niemcy!Dobrzański zrywa się, wkłada kożuch. W tym czasie w ich kierunku czołgają się dwaj Niemcy – oficer i żołnierz. Są niedaleko, jakieś dziesięć metrów. Ossowski dostrzega ich pierwszy i klęcząc, strzałem kładzie pierwszego. Drugi również przyklęka i oddaje strzał w jego kierunku. Mógł celować chyba tylko w moją głowę, strzelił, zamiast mnie w głowę, trafił w serce majora, który stał za mną.  

Relacja „Dołęgi” zdaje się dość jednoznacznie wyznaczać moment śmierci Hubala. Według niej miałby polec od już pierwszego strzału przeciwnika. Zresztą, po tej dwustrzałowej wymianie ognia w zagajniku miała jeszcze na jakiś czas zapaść cisza. Ale „Dołęga” sam sobie przeczy kilka zdań dalej. Mówi bowiem, że Hubal zdążył jeszcze wydać mu ostatni rozkaz – ratowania teczki z dokumentami oddziału. Czy gdyby, jak chce Ossowski, otrzymał śmiertelny postrzał w serce, miałby jeszcze siłę myśleć przytomnie i wydawać polecenia?

Istnieje jeszcze jedna relacja, która moment śmierci Majora odsuwa nieco w czasie. To wspomnienia wachmistrza Józefa Alickiego, według których Hubal próbował jeszcze zorganizować obronę, choć w gęstym jak szczotka zagajniku było to raczej trudne:

„Major obracał tym karabinem [niemieckim]  i jakimś cichym, przygnębionym, głosem powiedział:

— Tak, musimy umrzeć mężnie.

[…] Strzałów na razie nie ma. Naraz major się ożywił i wydaje rozkazy. Zwraca się do mnie i mówi:

— Skocz po erkaemy, biegnij w kierunku Pilicy i powstrzymaj przeciwnika, podciągniemy popręgi i siądziemy na koń, będziemy czekać na Was. Po ostrzelaniu wracajcie szybko i pomkniemy w duży las. ”

Słowa Alickiego potwierdza relacja plut. Romualda Rodziewicza „Romana”, który zapamiętał, że Hubal „krzyczał coś do Alickiego”. Ten ostatni pobiegł wykonać rozkaz dowódcy i stracił Majora z oczu. W zagajniku rozpętała się już zresztą bezładna strzelanina, z której każdy próbował ratować się na własną rękę. Oddajmy głos Romanowi: Biegnę do konia. Siodło. Koń staje dęba. Chwytam za chlebak i z visem w dłoni biegnę w kierunku strzałów. Wywalam część magazynka, rzucam granaty. Wokół zamieszanie, strzały, wybuchy granatów, nawoływania.  Również Major próbował wsiąść na konia i właśnie wtedy dosięgła go seria z karabinu maszynowego. Otrzymał postrzał w klatkę piersiową i lewą dłoń. Razem z nim zginął luzak, kapral Antoni Kossowski „Ryś” oraz zabite zostały ich konie.

Momentu  śmierci Hubala nikt nie widział. Wobec braku dowódcy, jego konia i luzaka, część ułanów stwierdziła, że pewnie walczy w innym miejscu lub nawet zdołał już wydostać się z lasu. Sami Hubalczycy, podzieleni na grupki, próbowali dostać się na punkt kontaktowy do chałupy sołtysa Wojakowskiego w Rzeczycy. Tam 1 maja dowiedzieli się o śmierci dowódcy.

Ciało majora Dobrzańskiego Niemcy zabrali z zagajnika i zawieźli do koszar w Tomaszowie Mazowieckim. Pochowali go w tajemnicy, w miejscu do dziś nieznanym. Być może nigdy już nie dowiemy się, gdzie znajduje się jego grób. Jedno za to wydaje się pewne. Wraz ze śmiercią Majora narodziła się jego legenda.  Zabijając Hubala, Niemcy w pewnym sensie uczynili go nieśmiertelnym.
Źródło ” Tropem Hubala „

Stanisława Leszczyńska. Położna z Auschwitz 

Do obozu trafiła 17 kwietnia 1943 r.W KL Birkenau otrzymała numer 41335. Jedyną rzeczą, którą przywiozła ze sobą było zaświadczenie o możliwości wykonywania zawodu. Postanowiła poprosić doktora Mengele, by mogła pracować jako położna. Zanim zdążyła powiedzieć, o co chodzi została pobita, gdyż nie było przyjęte, aby więźniowie odzywali się niepytani. Okazało się jednak, że niemiecka położna pracująca dotąd na tym stanowisku w Birkenau została pozbawiona prawa wykonywania zawodu za aborcje, które przeprowadzała w Rzeszy. Mengele przyjął zatem Polkę na jej miejsce.

Jedyną misją Stanisławy, mimo otaczającego ją koszmaru, było otoczenie rodzących kobiet możliwe najlepszą opieką, zupełnie tak, jak za dawnych, przedwojennych czasów. Współtowarzyszki z obozu zapamiętały ją jako tą, która niestrudzenie i praktycznie bez odpoczynku wspierała rodzące. Była oazą spokoju oraz opoką dla wszystkich uwięzionych kobiet. Bardzo szybko zaczęto nazywać Stanisławę Matką.
Warunki w jakich rodziły kobiety były przerażające. „Łóżko porodowe” zostało prowizorycznie przygotowane na starym ceglanym piecu, w którym rzadko palono. Noworodkom nie przysługiwały żadne ubranka ani jedzenie. Matki musiały suszyć pieluszki na własnych plecach, bo był surowy zakaz wieszania ich w widocznym miejscu. Niemowlęta ginęły zazwyczaj śmiercią głodową w ramionach matek, które nie miały pokarmu. Stanisława zachęcała matki mimo wszystko do przystawiania dzieci do piersi, nawet jeśli nic nie leciało, żeby gruczoły nie przestały pracować. Po kilku odebranych porodach, Mengele kazał jej zabijać nowonarodzone dzieci topiąc w beczce. Ze świadomością grożącej jej kary, odpowiedziała po chwili: „Panie doktorze, nie chcę i nie mogę swoimi rękoma brukać przysięgi Hipokratesa, która Pan składał. Jest pan lekarzem, nie mogę swoją osobą szargać etosu niemieckiego lekarza, dla którego ratowanie życia jest najważniejsze. Proszę pozwolić mi zostawiać te dzieci matkom”. Podobno po jej słowach Mengele spuścił wzrok i pozwolił jej robić to, co chciała. Dzieci zostawały z matkami, zazwyczaj umierały z głodu, lecz matki mogły towarzyszyć swoim dzieciom do końca. Niemowlęta niebieskookie i jasnowłose zabierano do Rzeszy – były przeznaczone do adopcji i wynarodowienia. 
Stanisława tatuowała im niewielkie znaki, dając tym samym nadzieję ich matkom na to, że być może kiedyś odnajdą swoje dzieci. Żydowskim dzieciom nie wolno było odcinać pępowiny, miały razem z łożyskiem być wyrzucane. Położna, ryzykując karą śmierci, nie usłuchała rozkazu – przyjmowała porody żydowskich dzieci, kładła je owinięte ligniną na prycze matki. Stanisława Leszczyńska odebrała w obozie około 3 tys. porodów.
Niezłomna położna zmarła w 1974. Jej historia jest prawdopodobnie jednym z najbardziej niezwykłych świadectw ludzkiego męstwa z czasów Zagłady. Mimo, że wiele z 3000 noworodków urodzonych w Auschwitz zostało zamordowanych przez nazistów lub zmarło z powodu straszliwych warunków, wszystkie one przyszły na świat prosto w pełne miłości, ciepłe ręce Stanisławy Leszczyńskiej.

Sowiecki Oświęcim

Wojna jeszcze się nie zakończyła, a NKWD już otworzyło w Auschwitz własny obóz. Sowiecie nie mieli żadnych oporów przeciw wykorzystaniu infrastruktury pozostawionych przez nazistów obozów koncentracyjnych.Według sowieckiej propagandy, wojska radzieckie „wyzwoliły” Oświęcim. Było to jednak wyzwolenie bardzo podobne do tego, jakiemu podlegała cała Polska. W miejscu śmierci przeszło miliona ludzi, natychmiast powstał nowy obóz. O jego historii mówimy o wiele za mało.

Sowieckie władze wojskowe poczynały sobie z wielką swobodą, adaptując na swoje potrzeby tereny byłego KL Auschwitz. Dość powiedzieć, że na dachu budynku, w którym uprzednio znajdowała się komora gazowa i krematorium, urządzili miejsce do tańca! Enkawudziści w lutym 1945 roku utworzyli dwa podobozy oznaczone numerami 22 (na terenie obozu macierzystego) i 78 (w obrębie Birkenau). Pierwszy z tych obozów, przeznaczony dla jeńców niemieckich, przystosowano do maksymalnie 1,5 tys. osadzonych, których systematycznie wywożono do Związku Radzieckiego lub innych obozów w Polsce.

W drugim przetrzymywano Ślązaków i Opolan, deportowanych później do kopalń w Zagłębiu Donieckim. Wśród nich było dużo osób narodowości polskiej. Na terenie Auschwitz więźniowie pracowali również przy rozbiórce poniemieckich zakładów koncernu IG Farben. Praca wykonywana w prymitywnych warunkach powodowała wśród nich wiele okaleczeń, a nawet śmierci. Również strażnicy na każdym kroku szykanowali zatrzymanych.

Komendantem obozu był pułkownik Masłobojew, który w najmniejszym stopniu nie liczył się z polską administracją państwową. Jakby tego było mało, sabotował zbieranie materiałów przez Komisję Badania Zbrodni Niemieckich. O wywożonych do Związku Radzieckiego Ślązakach mówił jako o wyjeżdżających tam w celach „zarobkowych”.

Obóz stawał się tematem coraz głośniejszych dyskusji wśród Polaków. Po kraju krążyły plotki, że Sowieci dokonują egzekucji na więźniach oraz ponownie uruchamiają krematorium. Nie było to prawdą, ale lista zmarłych rzeczywiście rosła. Z całą pewnością wiadomo o 144 zgonach, do jakich doszło między kwietniem 1945 a lutym 1946 roku.
Obóz zlikwidowano wiosną 1946 roku, a rok później Sejm Rzeczypospolitej Polskiej przyjął uchwałę, na mocy której teren miejsca zagłady miał się stać miejscem pamięci. Tylko jednak po więźniach, którzy przebywali tu i zginęli w latach niemieckiej okupacji. Kolejne dwa lata działalności Auschwitz wymazano z historii.
Są dwie prawdopodobne przyczyny likwidacji sowieckiej części obozu w Oświęcimiu. 
Według pierwszej z nich doprowadziło do tego porozumienie między marszałkiem Rokossowskim, ówcześnie dowódcą Północnej Grupy Wojsk, a generałem Aleksandrem Zawadzkim, piastującym urząd wojewody śląskiego. Zawadzki miał posłużyć się argumentami, z których wynikało, że przetrzymywanie 20 tys. Ślązaków w sowieckich obozach powoduje brak rąk do pracy przy wydobyciu węgla, z którego lwia część miała iść do ZSRR.

W drugiej wersji do Zawadzkiego, w imieniu osadzonych w Oświęcimiu 12 tys. Polaków, napisał jeden z więźniów, przedstawiając ich niedolę. Pokłosiem tego listu było pojawianie się w obozie pod koniec sierpnia 1945 roku specjalnej komisji do spraw uwolnienia więźniów. Rzeczywiście zaczęto ich zwalniać. Głównie jednak w celu wywózki na Sybir. Łącznie od 28 maja do końca września 1945 roku wyekspediowano z Oświęcimia do łagrów w Związku Radzieckim 19,5 tys. niemieckich jeńców wojennych oraz 3750 osób cywilnych

Artykuł powstał na podstawie książki Dariusza Kalińskiego ” Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski „

My, urodzeni w latach 60-70-80 tych, wychowywani przez rodziców patologicznych.

Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za smarowanie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął.

Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby.

Skakaliśmy z balkonu na odległość. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie. Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał do szkoły. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwasiory/szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.
Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z opiekunką.

Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł.
W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka. Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego – codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw.

A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

Zmarł Mjr. Wojciech Targowski „Vis” Cześć Jego pamięci!

25 kwietnia 2017 r., w Sandomierzu zmarł mjr w st. spocz. Wojciech Targowski „Vis”. Był jednym z ostatnich żołnierzy służących pod rozkazami mjr. cc. Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurta”. Miał 92 lata.
” Vis” urodził się 20 stycznia 1925 r. w Struży. Działalność konspiracyjną rozpoczął w kwietniu 1941 r. w Obwodzie AK Opole Lubelskie. Dopiero po pewnym czasie przeniósł się do Obwodu AK Opatów. Gromadził broń, pełnił obowiązki łącznika.
 W 1944 r. podczas akcji „Burza” został zmobilizowany do formujących się jednostek Sił Zbrojnych w Kraju. Służył w plutonie ochrony przy sztabie 2 Dywizji Piechoty Legionów AK. Po odwrocie z marszu na pomoc Powstaniu Warszawskiemu i rozformowaniu Korpusu Kieleckiego AK „Vis” skierowany został do I batalionu 2 pp Leg. AK pod dowództwem kpt./mjr. „Nurta”. W szeregach tego oddziału przeszedł szlak bojowy aż do 14 listopada 1944 r., gdy batalion został rozformowany na czas zimy. Po demobilizacji przeszedł w rejon Bodzentyna, gdzie większość żołnierzy AK doczekała wkroczenia Sowietów. Po wojnie zamieszkał w Sandomierzu. 

  W 1987 r. był jednym z inicjatorów ustanowienia odznaki pamiątkowej 2 Pułku Piechoty Legionów AK. Kapituła odznaki swoją siedzibę miała w Ćmielowie, gdzie zamieszkiwał jej przewodniczący Jan Pękalski „Borowy”. Brał także udział przy gromadzeniu funduszy na sztandar 2 pp Leg. AK.

Do ostatnich chwil życia był aktywny w środowisku kombatanckim, zarówno w Sandomierzu jak i na Wykusie.
Za swoją służbę w szeregach AK i powojenną działalność odznaczony był m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski , Krzyżem Walecznych po raz 1, Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Armii Krajowej, Medalem Pro Memoria oraz Odznaką Środowiska „Ponury”–„Nurt”, Odznaką Żołnierzy Akcji „Burza”, a także Odznaką 2 pp Leg. AK.
Zmarł 25 kwietnia 2017 r. w Sandomierzu. Pogrzeb odbędzie się 28 kwietnia 2017 r. w Sandomierzu w kościele pw. św. Józefa o godz. 13.00. 
 Cześć Jego pamięci!

Kampania Kijowska 1920 roku

Operacja kijowska miała wcielić w życie ideę Józefa Piłsudskiego utworzenia niezależnej od bolszewików Ukrainy, która miała być jednym z państw buforowych oddzielających Polskę od Rosji. Wiedząc jednak o słabości Ukraińców, Marszałek w rzeczywistości zamierzał uprzedzić ruch szykujących się do wojny z Polska bolszewików.
25 kwietnia 1920 Józef Piłsudski rozpoczął ofensywę na Ukrainie . Już 26 kwietnia wojska polskie zajęły Żytomierz, a następnego dnia opanowały Berdyczów i węzeł kolejowy Koziatyn. Na południu oddziały 6 Armii generała Iwaszkiewicza opanowały Winnicę, Bar i Żmerynkę. Na północy wojska polskie zdobyły Czarnobyl i zbliżyły się do Dniepru w rejonie ujścia Prypeci. W wyniku tych operacji 12 Armia (RKKA) utraciła w dużej mierze zdolność prowadzenia działań bojowych.
28 kwietnia wojska polskie stanęły na linii: Czarnobyl – Koziatyn – Winnica – granica rumuńska. Wojska polskie przeszły w ciągu 24 godzin 90 km.

Po tygodniowym odpoczynku wojska polskie stanęły u bram Kijowa i nie napotykając większego oporu nieprzyjaciela 7 maja 1920 oddziały 3 Armii gen. Rydza Śmigłego zajęły miasto. Mieżninow nie zdecydował się na walną bitwę.

Doszło do starć na moście spinającym Dniepr, lecz po krótkiej wymianie ognia 1 DPLeg przeszła przez rzekę i zajęła lewobrzeżny przyczółek sięgający 15km w głąb terytorium nieprzyjaciela. Prawobrzeżna Ukraina została wzięta kosztem 150 zabitych i 300 rannych.

Ofensywa polska na Kijów wywołała oburzenie we Francji ze względu na to, że Piłsudski mógł zaatakować Ukrainę z lepszym skutkiem militarnym razem z Denikinem. Gen. Anton Denikin był jednak przeciwny zarówno istnieniu państwa ukraińskiego jak i suwerenności Polski na wschód od linii Bugu. Wielomiesięczne rokowania polsko-rosyjskie w Taganrogu prowadzone przez misję z gen. Aleksandrem Karnickim skierowaną do kwatery Denikina przez Naczelnika Państwa zakończyły się fiaskiem wobec nieustępliwości strony rosyjskiej w kwestii samostanowienia narodów wchodzących przed 1917 r. w skład Imperium Rosyjskiego i granic polsko-rosyjskich. 

W tej sytuacji Rzeczpospolita Polska nie miała interesu państwowego w sukcesie Białych Rosjan i w konsekwencji uchyliła się od wsparcia Denikina (pomimo nacisków Francji i Wielkiej Brytanii w tej sprawie). Równolegle były prowadzone w Mikaszewiczach rokowania polsko-bolszewickie, gdzie warunki strony polskiej były analogiczne do warunków stawianych Denikinowi. Rozmowy te z uwagi na kategoryczne żądanie Polski uznania przez RFSRR niepodległości Ukrainy i nieatakowanie wojsk Petlury przez Armię Czerwoną również zakończyły się bezowocnie.

Jack Wheelbarrow z plemienia Siuksów żołnierz Błękitnej Armii Generała Hallera.

Chcę służyć w waszej armii ze względu na pamięć o Kościuszce – tłumaczył. Członkowie punktu rekrutacyjnego w Nowym Jorku zaniemówili, ale po chwili wpisali go na listę chętnych. I tak Indianin Jack Wheelbarrow z plemienia Siuksów został żołnierzem Błękitnej Armii Generała Hallera.
Armia polska we Francji – objęcie dowódctwa przez generała Józefa Hallera. Generał Józef Haller (drugi z prawej) składa przysięge jako naczelny wódz.

O Indianinie, który zdecydował się założyć polski mundur wiadomo niewiele. Bolesław Zieliński, pisarz i późniejszy prezydent Łucka zasiadający w nowojorskiej komisji rekrutacyjnej wspomina młodego człowieka „o skrzących się, czarnych jak węgiel oczach i twarzy wykutej jak z kamienia, a jednak delikatnej i szlachetnej”. Tłumaczył on, że chce walczyć ramię w ramię z Polakami ze względu na Tadeusza Kościuszkę – bohatera wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. 

Kościuszko przypłynął do USA w 1776 roku, by wspierać Amerykanów próbujących wyzwolić się spod brytyjskiego kolonializmu. Polak szybko pokazał, że jest niezrównanym organizatorem i specjalistą od fortyfikacji. Amerykanie docenili jego wkład w zakończoną sukcesem wojnę z Brytyjczykami, awansując go do stopnia generała. Ale Wheelbarrowa urzekło co innego. Otóż Kościuszko w dowód wdzięczności dostał od Kongresu spory majątek, który postanowił przeznaczyć na ruch abolicjonistyczny. Opłacał wykupywanie czarnoskórych niewolników i kształcenie ich. Podczas pobytu w USA spotkał się też z indiańskim wodzem Little Turtle. Podarował mu dwa pistolety i poradził, by użył ich, jeśli ktokolwiek będzie chciał odebrać wolność jemu, bądź jego ludowi.
Przeszło wiek później, w 1917 roku Indianin z plemienia Siuksów został wpisany na listę ochotników do Błękitnej Armii Generała Hallera.

Kanada w błękicie

Pomysł sformowania polskiej armii, która walczyłaby u boku Francji narodził się jeszcze w 1914 roku. Wówczas jednak zablokowała go sprzymierzona z Francuzami Rosja. Projekt odżył, kiedy po obaleniu caratu wycofała się ona z wojny. Na skutek zabiegów Romana Dmowskiego i Komitetu Narodowego Polskiego, w 1917 roku prezydent Francji Raymond Poincare podpisał stosowny dekret, po czym ruszyła rekrutacja. – Do Błękitnej Armii wstępowali przedstawiciele Polonii, ale też Polacy, którzy walczyli w wojskach państw centralnych, a potem dostali się do niewoli – tłumaczy prof. Julian Auleytner, znawca tematyki związanej z hallerczykami (na dniach ukaże się jego książka „Komunikacja pocztowa w Błękitnej Armii Hallera”). Rekrutacja była prowadzona w różnych częściach świata. – Największy kontyngent udało się zebrać we Włoszech. Liczył 30 tysięcy osób. Ale ochotnicy mogli się też zgłaszać w tak odległych miejscach, jak Brazylia, czy Australia – informuje prof. Auleytner. W Stanach Zjednoczonych nabór został zorganizowany dzięki operatywności Ignacego Jana Paderewskiego. Wyjednał on u prezydenta Woodrowa Wilsona zgodę na szkolenie ochotników, pod warunkiem jednak, że nie będzie się ono odbywało na terenie USA. Zabraniały tego tamtejsze przepisy. Ostatecznie obóz szkoleniowy nazwany imieniem Tadeusza Kościuszki powstał kilka kilometrów od granicy, w kanadyjskim miasteczku Niagara-on-the-Lake. Komendantem został ppłk Arthur D’Orr LePan. – Ściągnęło do niego ponad 22 tysiące ochotników – podkreśla prof. Auleytner. Rekruci spali w namiotach, dawnych fabrykach, hotelach i obejściach gospodarczych. Miejscowi wspominali potem, że podobnego najazdu nigdy nie przeżyli. Ostatecznie z kanadyjskiego obozu do Francji trafiło 20,7 tys. żołnierzy. Wśród nich Jack Wheelbarrow. Na Stary Kontynent odpłynął on jednym z pierwszych transportów.

Śmierć w Szampanii

Wheelbarrow nie był jedynym obcokrajowcem, który zgłosił się do Armii Hallera. – W polskich oddziałach służyli Francuzi, którzy jednak pozostawali na żołdzie wypłacanym przez własne państwo. Zgłaszali się też oficerowie z Wielkiej Brytanii, czy Stanów Zjednoczonych. Oczekiwali jednak wynagrodzenia takiego, jak we własnych armiach. A na to Komitetu Narodowego Polskiego nie było po prostu stać – wyjaśnia prof. Auleytner.

Tymczasem indiański ochotnik nie powalczył jednak zbyt długo w szeregach Błękitnej Armii. Zginął podczas starcia z Niemcami w Szampanii. Choć niewiele o jego dokonaniach wiadomo, pozostawił po sobie inny ślad. Historia Wheelbarrowa wywarła bowiem na Bolesławie Zielińskim tak duże wrażenie, że zaczął uwieczniać dzieje Indian na kartach swoich książek. Czerwonoskórzy bohaterowie pojawiają się w powieściach „Orli Szpon” i „Wodna Lilia”. Pisarz wielokrotnie powtarzał, że ma do spłacenia dług wobec „niszczonego z premedytacją plemienia indiańskiego”.
Obcokrajowcy w armii Hallera zdążyli jednak zapisać chwalebną kartę. Gdy wiosną 1919 roku wojska zostały przerzucone do odradzającej się Polski, niemal od razu trafiły na front wojny polsko-bolszewickiej. – W walkach wzięli udział amerykańscy lotnicy, którzy weszli w skład Eskadry Kościuszki. Wśród nich było nawet kilku czarnoskórych żołnierzy. Niestety, ten epizod XX-wiecznej historii Polski jest stosunkowo słabo udokumentowany
Źródło Polska Zbrojna